sobota, 22 grudnia 2012

Tegoroczne wypieki oraz wesołych Świąt! :)

W tym roku upiekłam na święta dwa rodzaje ciastek. Cynamonowe oraz orzechowe. Te drugie robiłam już w tamtym roku. Teraz chcę się skupić bardziej na tych pierwszych - cynamonkach. Kiedyś jadłam identyczne w cukierni, koło mojego domu rodzinnego. Wcześniej nie przyszło mi jakoś do głowy, by poszukać przepisu. Potem kompletnie o nich zapomniałam, aż do teraz. Może to jest spowodowane przyjazdem Pres (Megulencja) do Polski i spotkaniem z nią. Parę lat temu chodziłyśmy do tej cukierni, po te właśnie ciastka. Tak więc w tym roku przeszukałam cały internet w poszukiwaniu przepisu. Znalazłam go, oczywiście na mojej ulubionej stronie kulinarnej Moje wypieki.

Składniki:
- 180 g masła
- 90 g cukru pudru
- 230 g mąki pszennej
- 40 g mąki ziemniaczanej
- szczypta soli
- cynamon (według uznania)

Wszystkie produkty ze sobą zagnieść. Masło musi być twarde i musi to być prawdziwe masło, a nie żadna Kasia czy Palma. Zagniecione ciasto podzielić na dwie kule, ofoliować i wsadzić do lodówki na godzinę. Po tym czasie rozwałkować ciasto na grubość 4 mm. Wykroić ciastka o dowolnych kształtach. Ułożyć na blasze, może być bardzo blisko siebie gdyż ciastka praktycznie nie rosną, o ile w ogóle rosną. Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 12-15 minut.
Taka moja rada:
Jak już jedna partia jest w piecu, a kolejne ciastka są wykrojone, to niech czekają na swoją kolej w lodówce. Dzięki temu po upieczeniu będą bardziej chrupkie. Po wystygnięciu można je obtoczyć w czekoladzie, dzięki niej będą bardziej "mokre" no i smaczne (kto nie lubi czekolady! :D).
Nie można ciasta też za długo rozwałkowywać, bo nabierze powietrza i podczas pieczenia zrobią się pęcherze.Przechowywać w temperaturze pokojowej.
 


 A to ciastka orzechowe. Są bardzo proste w przygotowaniu. Może dlatego, że główny składnik to masło orzechowe. ;) Niestety w tym roku wyszły mi za suche. Chyba za długo w piekarniku je trzymałam, ale podobno i tak są pyszne.


Został mi do upieczenia piernik. Ale to już jutro. :)

Tym czasem życzę wszystkim wesołych Świąt Bożego Narodzenia, spędzonych w MIŁEJ, rodzinnej atmosferze. :) Buziaczki. :* :* :*

piątek, 14 grudnia 2012

Pocieszna lista.

Jestem zła i niedobra, bo... Nie mam jeszcze dla nikogo prezentu. Zawsze z Tomkiem zostawiamy to na ostatnią chwilę. W sumie nie wiem czemu. Tak się dzieje i już. Ogólnie lubię robić prezenty wspólne, czyli jeden dla: mamy i taty, babci i dziadka, brata i bratowej itd. Jeden prezent, a taki porządny.
Święta tuż, tuż, a ja się nimi bardziej stresuję niż raduję. A mianowicie stresuję się zakupami spożywczymi. Nie lubię robić zakupów. Zawsze mam taki mętlik w głowie, że nawet jeśli zrobię sobie listę produktów, yo i tak w efekcie kupię czegoś za dużo lub za mało. jak jest za dużo, to jest jeszcze dobrze, ale jak nie kupię np. papieru do pieczenia, bo już jest wykupiony, lub źle policzę ile potrzebuję masła orzechowego do ciastek? Po czymś takim zaczyna się mało przyjemna gonitwa za tym, czego mi brakuje i... wielki stres. Wczoraj byłam u internistki i kazała mi pić melisę na uspokojenie, bo wyzionę ducha. Ciśnienie mam niebezpiecznie za wysokie.
Od dziś zaczęłam sobie robić listę rzeczy, które ucieszą mnie w danym dniu, tzw "pocieszna lista". Dziś to:
1. Wypełnianie kartek świątecznych.
2. Dokończenie listu do starej przyjaciółki. (Tak pisze tradycyjne, zwykłe listy. Są przez nas niedoceniane).
3. Ugotowanie zupy cebulowej (wyszła pysznie).
4. Planowanie prezentów. (Potem będzie ich szybki zakup).

Chciałam podziękować Ani M za to, że dała mi inspirację na prezenty świąteczne. Nawet zwykłe rzeczy mogą być radosnym podarkiem :)


http://supergify.pl

środa, 12 grudnia 2012

Niech żyje wolność, wolność i swoboda!

Nie zrozumcie mnie źle i nie obrażajcie się. To tylko moje zdanie, moje przekonanie. Ostatnio, co raz bardziej słyszę zdania typu:
- Nie dałabym się nigdy uzależnić finansowo od faceta.
- Wolę pracować już jako sprzątaczka by mieć własne pieniądze.
- Przed ślubem bym kupiła swoje własne mieszkanie, by potem ewentualnie mieć jakąś furtkę.
I nie zrozumcie mnie źle, ale takie twierdzenia mnie śmieszą i bolą jednocześnie. Bo jak po czymś takim można budować z kimś szczęśliwy związek? Jak od samego początku myśli się jedynie o sobie i nie jest się uczciwym z tą drugą osobą? Związek, a już małżeństwo ma drugie dno. Owszem jest miłość i szczęście, ale są też te przyziemne sprawy. Przyziemne sprawy, które czasem mogą burzyć tę miłość, te szczęście. O czym dokładnie mówię? O kasie. Ale to nie ona burzy i niszczy, robi to chciwość i egoizm. 

Pierwsze stwierdzenia. "Nie dałabym się nigdy uzależnić finansowo od faceta". Jeśli jest się małżeństwem, lub w takim prawdziwym, dorosłym związku to nie ma czegoś takiego, jak finansowe uzależnienie od kogoś. Pieniądze są wspólne, razem zarządza się budżetem. I ktoś mi może powiedzieć, że "Marta jak zaczniesz pracować, to pogadamy wtedy". Przed ślubem, jak i po ślubie mam co jakiś czas pracę dorywczą. Nie każdy ma komfort pracy na stałe. Jak i wcześniej, tak i teraz pieniądze są nasze wspólne. Tworzymy pewne gospodarstwo domowe i przy planowaniu budżetu musimy myśleć o tej drugiej osobie. Nie da się inaczej. Inna droga prowadzi jedynie do destrukcji związku. Uzależnionym można być od pracodawcy, to niestety on stanowi o naszym "być albo nie być", jeśli pracodawca nie jest do końca uczciwy.

Drugie stwierdzenie. "Wolę pracować już jako sprzątaczka by mieć własne pieniądze". W związku jak i w małżeństwie nie ma pojęcia "moje", "twoje". No owszem, można mieć jakąś tam sumę na drobne rzeczy. To co innego. 

Trzecie stwierdzenie. "Przed ślubem bym kupiła swoje własne mieszkanie, by potem ewentualnie mieć jakąś furtkę". Dla mnie to absurd. Po co brać ślub, jak z góry zakłada się niepowodzenie? No i... Jeśli kocha się tę drugą osobę, to się z nim dzieli wszystkim. Ja wiem, że w związku nie zawsze jest różowo. Jednak od czego jest rozmowa? Często słyszę "Ja bym o tym z facetem nie rozmawiała, bo i tak nie zrozumie". No ale chyba wypada chociaż spróbować? To nasza druga połowa powinna być naszym pierwszym powiernikiem. 

Może i mnie Tomek czasami nie rozumie, uważa, że za bardzo wszystkim się przejmuję, że za bardzo rozkładam wszystko na czynniki pierwsze... No ale do cholery, najwyraźniej ma racje. Poza tym nie musi mnie rozumieć. Wystarczy jak wysłucha. Z własnego doświadczenia wiem, że to druga połowa nas bardziej rozumie niż najbliższa przyjaciółka. Gdyby było inaczej, to byśmy byli w związkach z przyjaciółkami.

Prawdą jest też to, że ja za bardzo nie potrafię odnaleźć się we współczesnym świecie. Człowiek nie może normalnie żyć. Musi myśleć jak przetrwać. Nie da się nabrać powietrza do płuc i pogodnie myśleć o przyszłości. Dlaczego? Ludzie są do cna pazerni, wyrachowani, egoistyczni o ile nie egocentryczni. Nie rozumiem tego i nie godzę się z tym. Od pradawnych lat człowiek poszukuje wolności, przestrzeni. Do dziś jednak jesteśmy niewolnikami, zamkniętymi w niewidzialne kajdany. Czym są te kajdany? To wola drugiego człowieka, człowieka, który robi wszystko by nas wykorzystać. A czemu wiążę to z powyższymi twierdzeniami? Twierdzenia to tylko przykłady. Ludziom się wydaje, że jak będą mieć dużo kasy, to da im to wolność, będą sobie sami panami. Chcą zakładać własne firmy, by móc żyć, by mieć pracę bezstresową, z ludźmi którzy będą nas traktować po ludzku. Człowiek obawia się zła, jakie drugie człowiek może wyrządzić, boi się bólu. I wiecie co? To mnie wcale nie dziwi.


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Miedzy pracą a książką.

Miałam już wcześniej coś napisać. Jednakże mega dół mnie nawiedził i co napisałam, to mi się nie podobało i kasowałam. Ale, ale... Spadł śnieg i od razu zrobiłam się weselsza. Póki, co dużo go nie ma, ale gdzie nie gdzie trawa się bieli. :)

Dowiedziałam się, że Slash ma mieć u nas koncert 13 lutego w katowickim Spodku. Najtańsze bilety kosztują 130 zł. Najdroższe grubo ponad 300! Małżonek stwierdził, że on nie ma nic przeciwko temu o ile... nie sfinansuje całej podróży, łącznie z biletami. I tu pojawia się mały problem, bo nie mam pracy, więc nie mam jak to sfinansować. Po cichu liczyłam, że rzuci się na walentynki i moje urodziny, ale nie... Troszeczkę zrobiło mi się również przykro, bo wie, że staję na głowie by znaleźć jaką kol wiek pracę. Nawet na kasę składałam CV ale tam powiedzieli, że póki co to mają komplet. Jednakże, tak mnie to zacietrzewiło i zmobilizowało, że teraz staję nie na głowie a na rzęsach by coś dostać. W między czasie okazało się, że w jednym z hoteli potrzebują recepcjonistek. Jutro jadę złożyć tam papiery. A jeśli nie tam, to znajdę pracę do Świąt, chociażbym miała stanąć na ulicy! Pojadę na ten koncert i już! :D

Wczoraj od cioci pożyczyłam trzy książki. Z racji, ze nie mam kasy na ich kupowanie, to pożyczam od znajomych ile się da. I tym razem w moje rączki trafiły takie pozycje: Szlak Kości- Elly Griffiths, Spadkobiercy- Kaui Hart Hemmings, oraz Historie miłosne- Eric-Emmanuel Schmitt. O ile dwie pierwsze książki mnie od razu zaintrygowały, chociażby samym tytułem , okładką i George'em Clooneyem na widoku, to ostatnia książka... Historie miłosne... Już tak średnio. Wzięłam, bo ciocia powiedziała, że jest bardzo przyjemna. Na zimne poranki i wieczory miłość ponoć jest najlepsza, ale... No właśnie to ale... Moje zdanie na temat miłości jest takie: nigdy nie rozumiałam tego całego szału. Może nie przeżywam tego tak ekspresywnie. Owszem lubię ckliwe historie, przy których łezka się zakręci. Wprost uwielbiam. Ale... Jeśli mam do wyboru przeczytać książkę, gdzie fabuła jest porywająca, tajemnicza, kryminalna, wręcz horrorowata a książkę, gdzie miłość otacza nas, a dodajemy do tego Św. Mikołaja, prezenty, choinkę, to... To na pewno wybiorę tę pierwszą pozycję. Jednakże, nie wyklucza to miłości gdzieś w niej wplecionej.


marcimokiem.blogspot.com

Wczoraj odbyło się spotkanie rodzinne. Urodziny młodszej siostry ciotecznej. Dostałam od babci na Boże Narodzenie 50 zł. Miało nie być prezentów dla dorosłych, ale babcia powiedziała, że dla niej też jesteśmy dziećmi. No i mam problem. Nie wiem co za to sobie kupić. Mam wielki dylemat, gdyż bym chciała wiele rzeczy. Od książki, po kolczyki i zegarek. Minie duuuużo czasu nim zdecyduje się, na co przeznaczę te pieniądze. Chociaż skończy się pewnie na książce. Daaaaaawnoooo nie kupiłam sobie książki. Ehhhh...

Ps. Ostatnio tyle piszę, że ktoś powinien mi za to płacić.


poniedziałek, 19 listopada 2012

Kucharzenie według Tomka.

Mój małżonek jakby chciał to byłby świetnym kucharzem, z małymi moimi poprawkami. Robi pyszną jajecznice, rybę z piekarnika lub z patelni. Tylko no właśnie nie ma pewnego zmysłu do przewidywania, tego co może zaraz w kuchni się stać. W ten piątek to on miał zrobić romantyczną kolację. Tak więc ułożyłam się w łóżku z babską gazetą w ręku.
- Kochanie chodź na dół. - Powiedział mój małżonek.
- Po co? Przecież ty dziś robisz kolację.
- Ale mi powiesz co mam robić. - I się wyszczerzył.
Z oporami, ale poszłam z nim na dół. Na dole poinstruowałam go co i jak, i wróciłam do łóżka. Za chwile jednak przyszedł. Przywiązał mnie moim długaśnym szalikiem w tali do swojej tali i oboje wróciliśmy na dół. W efekcie musiałam mówić mu co ma robić krok po korku. Zajmowało mu to strasznie dużo czasu, bo w między czasie jadł pomidora, ogórka, paprykę itp. Zaczął smażyć kurczaka i.... Mokre kawałki mięsa rzucił na rozgrzany olej, przez co oboje chowaliśmy się po kątach, bo strasznie pryskało. Poinformowałam go, że tak się nie robi.
- Trzeba było mówić nim kurczaka wrzuciłem.
No nie wiem. Dla mnie to naturalne, że kurczaka jak smażę na teflonie, to żadnego tłuszczu do tego nie używam. Tym bardziej, że woda wycieka z niego podczas obróbki. Teściowa oczywiście nie omieszkała wtrącić swoje 3 grosze "A wam to zimno w brzuchy, żeście się tak obwiązali?". Mnie było głupio, a Tomek się tylko głupio śmiał. Na górze już, Tomek otworzył wino, które było już wcześniej odkorkowane. Wznieśliśmy toast i... Bleeeee... Wino było ohydne i śmierdzące. Popsuło się. A mówiłam wcześniej, że wino trzeba od razu wypijać. Ewentualnie może postać sobie z tydzień, ale nie dwa miesiące. Wieczór się udał, bo z tzw. jajem. Ale czy był romantyczny? U nas chyba romantyzm szlak trafił. Z resztą jak idziemy do jakiejś restauracji, to tego też nie czuję. Może dlatego, że z Tomka taki książę, jak ze mnie księżniczka. 
Ostatnio upodobałam sobie serial "Przyjaciółki". W ostatnim odcinku był taki tekst:
- Patrycja czego ty chcesz?!
- Żeby przygalopował rycerz na białym koniu i żeby mnie porwał!
- A musi być biały?
Ooooo! Jakbym słyszała siebie i Tomka. Ta cała Patrycja, to taki mój chodzący klon. Jeśli chodzi o charakter, bo nie mam fury blond loków, tylko furę rudych. A jej chłopak... Tomek zachowuje się identycznie. W ogóle ich perypetie... Zaczynam odnosić wrażenie, że ktoś mnie obserwuje.

Zdjęć jedzenia nie robiłam, bo apetycznie nie wyglądało. Miło być jak po niżej:

http://alba.blox.pl

A wyszło jak zwykle. ;)

sobota, 17 listopada 2012

Przygoda z drożdżowymi rogalami.

Okazuje się, że mam kłopoty ze zdrowiem. To też mogło być powodem mojego złego samopoczucia. Wczoraj byłam na tyle dobita tym wszystkim, że postanowiłam coś upiec. Jak zwykle zabieram się do tego, gdy w lodówce praktycznie nic nie ma. Popatrzyłam do tego lodowego potwora i... olśniło mnie. Drożdżowe pierożki, według przepisu Michała- chłopaka mojej Pres. Ogólnie proporcję ciasta wzięłam taką samą. Przygotowałam trochę inaczej. Tak jak to robi moja mama. Czyli drożdże rozpuściłam w 1/2 kubka ciepłego mleka i łyżką mąki. Zostawiłam do wyrośnięcia. Rosły bardzo szybko i niemal mi z garnuszka wypełzły. Resztę mąki przesiałam na stolnicę, dałam cukier, zrobiłam w środku dziurkę i wlałam pełzającą mieszankę (czyli rozczyn). Wbiłam dwa jajka i zaczęłam wyrabiać, stopniowo dodając resztę mleka i rozpuszczone masło. Tak wyrobione ciasto dałam do wyrośnięcia dwa razy (jak było w przepisie). Następnie podzieliłam na 6 kul i dalej zostawiłam do wyrośnięcia. Kule zrobiły mi się przeogromne. Wydaje mi się, że większe niż te u Michała. W efekcie rogaliki wyszły mi dość spore. Oczywiście jak to ze mną bywa, jest rzecz o której nie pomyślałam, a raczej nie było jej w lodówce ani w spiżarni. Marmolada. Stwierdziłam, że dam do środka cynamon. Jednak u mnie w domu jest wielka familia, która za przyprawami nie przepada . I mimo, że szwagierka mieszka już na swoim, to i tak albo ja u niej przesiaduję, lub ona z Majcią u nas. Pomysł z cynamonem wcale jej się nie spodobał i... dała mi jabłka, które zostały jej jeszcze po szarlotce. Tak więc rogaliki były z jabłkową esencją i wyszły pysznie (cynamon jakoś przemyciłam do środka). Na wierzchu posmarowałam je rozkłóconym jajkiem i posypką karmelowo-waniliową.
Rogali wyszło bardzo dużo. Zmieściły się na dużej tacy i wielkim talerzu. Talerz poszedł do szwagierki, a taca została u nas. Dziś rano pomyślałam, że zrobię zdjęcia rogali na tacy. Zeszłam na dół i... Połowa ciastek zniknęła.
- Tato gdzie się podziały rogale?
- Zjadłem. - Teść uśmiechnął się szeroko. Moja mina jednak nie była chyba za sympatyczna, bo zaraz wyjaśnił. - No wczoraj wieczorem podchodziłam i jadłem, i dzisiaj rano również.
- Aha... To może tata kupi marmoladę jak będzie w sklepie, to zrobię druga turę.
- Ale te są jeszcze.
- Owszem. Jednak biorąc pod uwagę apetyty co poniektórych, to do jutra rogaliki zniknął. - Wyszczerzyłam się.
Dziś piec nie będę, ale zrobię je w tygodniu. Myślę, że po wtorkowej wizycie u lekarza przyda się fura takich rogali.



 Wiem, że nie są za rumiane, ale te z pierwszej blachy pod spodem wyszły mi za brązowe. Kolejne musiałam dać na wyższy poziom i zmniejszyć temperaturę.

Pozdrawiam gorąco :)

środa, 14 listopada 2012

Wyróżnienie.

Dostałam wyróżnienie od Anny, przez która zastanawiam się czy nie kupić własnej maszyny do szycia i nie pokombinować z ciuchami. Lub przynajmniej nie pobawić się z włóczką i szydełkiem. ;)  Bardzo mi z tego powodu miło. I oczywiście przyłączam się do zabawy. To mi trochę przypomina zabawę w "Złote myśli". Prowadziło się zeszyciki z rożnymi pytaniami i rozdawało po całej klasie (głównie).

Zasady wyróżnienia: ,,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę" Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 10 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 5 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował." Odejdę trochę od zasad, gdyż znam 3 blogi, które mogę nominować.

1.Marzę o... dziecku.
2. Nie ruszam się bez ... śniadania i gorącej herbaty z cytryną.
3. Szczęście daje mi...rodzina i przyjaciele.
4. Gdybym mogła cofnąć czas...cofnęłabym kilka przykrych słów skierowanych do innych.
5. Doba... jest za krótka.
6. Boję się...Diabła.
7. Nigdy nie zapomnę... dobroci i cierpliwości mojej mamy.
8. Wakacje tylko w ...kajakach.
9. Płaczę...gdy jestem bezsilna.
10. W nocy o północy...smacznie śpię.

Nominuję:
1. Pres, za to że w końcu zdecydowała się na prowadzenie bloga.
2. Duszę Moją, za jej niekonwencjonalne podejście do świata.
3. Cariewne, za to że się nie poddała w blogowaniu.

Oto moje pytania.
1. Jaką książkę poleciłabyś na jesienne wieczory?
2. Jaki jest Twój ulubiony kosmetyk i dlaczego?
3. Do jakiego miejsca na świcie chciałabyś pojechać?
4. Które miejsce byś poleciła?
5. Góry, jeziora czy morza i oceany?
6. Jakie zachowanie ludzi Cię najbardziej denerwuje?
7. Druga rzeczy bez której byś się z domu nie ruszyła? (Zakładam, że tą pierwszą jest komórka ;))
8. Co Cię irytuje w mężczyznach, a co zachwyca?
9. Twoja wymarzona praca?
10. Czy spełniło się jakieś Twoje marzenie z dzieciństwa?
11. Osoba, która Cię inspiruje to?

Powodzenia :)

poniedziałek, 12 listopada 2012

Jesienna chandra.

Któż nie ma jesiennej chandry? Chyba każdy ma, a kobiety to już w szczególności. Ostatnio mam ją wręcz co dziennie. Meczy cholera jedna! Za oknem szaruga, a mi się z łóżka wstawać nie chce. Gdy zaświeci słońce, to od razu chcę mi się żyć. Niestety jest więcej pochmurnych dni, niż tych słonecznych. W efekcie zaczęłam szukać "lekarstwa" na chandrę. Co znalazłam i do jakich wniosków doszłam?

Dieta. Niby chcę uciec od niej jak najdalej, ale się chyba nie da. Co powinna zawierać dieta na chandrę? Dobrze jest pic pobudzające herbatki, takie co nam poprawią krążenie w krwi (herbata z cytryną). Dobrze wpłynie na humor a także nas wzmocnią. Jak pobudzająca, to na pewno zielona herbata, ale również malinowa, porzeczkowa, cytrynowa. Dobrze jest jeść warzywa, duuuuużoooo warzyw. zwłaszcza te z rodziny kapustowatych (sałata, brokuły, kalafior, kalarepa). Kalarepy oraz kalafiora raczej teraz się nie znajdzie. Ale brokuł jest przez cały rok, kapusta również. Owoce. Dobre są banany. Zawierają one aminokwas- tryptofan, który zamienia si w hormon szczęścia. no a jak hormon szczęścia, to dobrze jest jeść produkty, które go zawierają, jak czekolada. :) Ale wiadomo, nie wolno z nią przesadzić bo pójdzie w boczki. Czekolada zawiera również żelazo, które niweluje nam chandrę. Żelazo jest również w sardynkach, pestkach z dyni, soczewicy. Dobrze jeść jest czerwone mięso, wątróbkę, orzechy, suszone owoce, ostrygi, soję, sezam, pietruszkę. Słońce. Trzeba łapać je jak najczęściej. Promienie słoneczne dają nam witaminę D. No ale jak go nie ma? Pić tran, jeść tłuste ryby, jajka. Niektóre masła czy mleko jest wzbogacane o tę witaminę. Można też kupić coś w aptece, acz kol wiek uważam, że wtedy gorzej się to przyswaja.

Ruch to zdrowie. Poranna gimnastyka. Kilka skłonów, przysiadów itp.

Sen również jest ważny. Trzeba spać 8 godzi. Krótka drzemka też jest oki. Dziś w którejś telewizji śniadaniowej jeden z pytanych panów powiedział "Można przespać się w kiblu. Nikt tam nas przecież nie sprawdza, co dokładnie robimy". :) Tylko taka moja mała uwaga. Nie można tego za bardzo wykorzystywać. Jeszcze ktoś pomyśli, że za dużo czekolady się zjadło. ^^

Mój wniosek? Zdrowa dieta przede wszystkim. Nie tylko zniknie nam chandra, ale może po drodze co nieco zgubimy. :D

Ps. Jak ktoś jest przy kasie, pomagają również zakupy.

 http://b-z-g.pinger.pl


czwartek, 8 listopada 2012

Kłótnia w chińczykowie.

Ostatnio mam sporą deprechę. Zaczynam się nawet zastanawiać czy nie iść do lekarza. Z drugiej jednak strony to może być przez pogodę za oknem. Pochmurno, deszcz... Odechciewa się wstawać. Tak czy siak, by poprawić sobie humor pojechałam ostatnio z teściową i szwagierką na zakupy. Oczywiście na Marywilską. Wierzcie mi lub nie, ale tam można dostać identyczne rzeczy co w sklepie w centrum handlowym, a za mniejszą cenę. Z tym, że dziś nie o zakupach. A raczej o... Pewnym zdarzeniu. U Chińczyków jest najlepiej kupować, bo taniej a jak się człowiek z nimi dobrze potarguje to nawet zejdą z ceny o 20 zł. Tylko nie każdy Chińczyk, czy Chinka jest miły. Ogólnie mam wielki sentyment do ich narodowości, do ich kraju. Bardzo im zazdroszczę drobnej budowy ciała. Nie każdy skośny to Chińczyk, bo pełno jest Wietnamczyków, ale ich da się odróżnić. Po ostatnim jednak zaczęłam mieć trochę negatywne zdanie o nich. Szwagierka przymierzała bluzkę, czarną z ćwiekami na ramionach. Uprzejmie się pani ekspedientki pyta:
- Po ile jest ta bluzka?
- Na zewnątrz na wieszaku widać. - odpowiada Chinka bardzo nieprzyjemnym tonem.
- A nie może Pani powiedzieć?
- Nie!
- To ja nie biorę tej bluzki. - mówi szwagierka urażona tonem ekspedientki.
- GRUBAS! - krzyczy ekspedientka.
- Co proszę?!
Dodam tylko, że moja szwagierka jest szczupła. Nie jest jakoś przeraźliwie chuda, ale gruba to ona na pewno nie jest. No a z racji, że język ma cięty, to zaczęła krzyczeć na Chinkę.
- Proszę pani! W Polsce obowiązuje pewna kultura językowa. Tak może pani mówić do swoich!
- Grubas! %^$&^#$^^&%#%^$!!! (znaczki oznaczają, że mówiła coś po swojemu)
- Jest pani w Polsce, więc proszę mówić po polsku.
Chinka dalej swoje po chińsku. I tego to nawet ja nie rozumiem. Bo jak ma coś do powiedzenia, to w języku zrozumiałym dla wszystkich, tudzież Polskim. Tym bardziej, że mieszka i pracuje w Polsce.
Gdyby nie teściowa, to szwagierka z Chinką by się pobiły. Ogólnie sytuacja mnie do tej narodowości zraziła. Człowiek do ekspedientki uprzejmie, a ona po chamsku. Rozumiem, jeśli kupujący by potraktował ją z wyższością. Bo widziałam, że część Polaków potrafi Chińczyków traktować niemal jak służących, co mi się nie podoba. Ale jeśli z uśmiechem na ustach, uprzejmie się do nich mówi to kultura wymaga by druga osoba odpowiedziała tym samym.