środa, 29 sierpnia 2012

Problemy z dietą.


Zwykle dzień zaczyna się dobrze. Kanapka z chleba razowego z wędliną lub chudym serem, do tego jakieś warzywa. Drugie śniadanie sobie bardziej urozmaicam, by nie było to samo. Ja się szybko nudzę, a z nudy niedaleko do szafki ze słodyczami. Więc drugie śniadanie to sałatka z warzyw, z serkiem i grzankami z razowca. A jak jeszcze dodam czosnku to niebo w gębie. Trzeci posiłek to zazwyczaj biorę coś na szybko, kawałek kabanosa lub 3-4 plasterki wędliny, gruszka, jabłko, banan i inne owoce.... Teraz zaczynają się schody. U mnie się utarło, że jak jest kawa to musi być słodkie. Z resztą pewnie nie tylko u mnie. Kawę pijemy rodzinnie. Małżonek jest wtedy w pracy, a jak jest w domu to pije herbatę. Jak widzę przed sobą siatkę z cukierkami, ciasteczkami ciastami itp., to mnie aż skręca. Skręca, bo ja też chcę. Ale staram się nie brać. No a jak staram się ich nie brać, to myślę o słodyczach jeszcze bardziej. I tak myślę o nich aż wieczorem zasypiam sfrustrowana i zmęczona myśleniem o słodkościach. Potem mam koszmary senne. Jest też inne wyjście. Nie udaje mi się przetrwać w postanowieniu, (co mi się zdarza nagminnie często, w zasadzie codziennie). Biorę jakiś słodycz jeden, drugi i... I o dziwo mam już spokój. Nie myślę o słodyczach, bo głód na nie został zaspokojony. Obiad to zwykły obiad, ale tyle, co mi się w przysłowiowej garści zmieści. Kolacja to bez względu czy jadłam słodycze czy nie, to jogurt z miksowanymi owocami, lub kanapka na liściu sałaty za miast chleba, a czasem i z chlebem jak sałaty nie ma. Z racji, ze często gęsto chodzę późno spać (22-24) to pojawia się 6 posiłek w postaci czegoś lekkiego.

Gdyby dało się wyłączyć myślenie o słodyczach, to bym dawno była szczupła. Ja w zasadzie nie jem żadnych tuczących rzeczy. Fakt, mam bardzo mało ruchu. Jak się nie ma pracy, to dupa rośnie. Owszem, ma się sporo wolnego czasu i można by aktywnie coś porobić. Ostatnio ćwiczę po 30 minut dziennie na hula-hop. Ale to wszystko. Na basen, siłownie itp. nie mogę iść, bo mnie na to nie stać. Poniekąd szkoda mi kasy, zwłaszcza jak się odkłada każdą złotówkę na aparat. Biegać nie mogę, bo kolana mi się sypią. Rower... Ja nie wiem, co małżonek zrobił z moim rowerem. Siodełko chodzi we wszystkie strony i nie da się go dobrze przykręcić. Najgorsze jest jednak to myślenie o słodkościach i to od samego rana się zaczyna. "Czy dziś uda mi się jakoś przetrwać?", "Czy nie sięgnę do tej magicznej szafki ze słodyczami" itp. Gdy dopadają mnie "cukrowe ząbki" jak to mówi Pres, to zajęcie się czymś innym nie pomaga. Wtedy mam nadzwyczaj podzielną uwagę. Książka, komputer, rozmowa z kimś na poboczne tematy... Nic nie pomaga. Szału można dostać.

http://ciastolinka.pinger.pl/m/3507882/kruche-ciastka

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Spływ kajakowy. Babięta - Spychowo - Zgon.

Kto lubi kajaki? Ja! Chociaż nie byłam w nim chyba z 8-10 lat. Tak się jakoś złożyło. Mieliśmy z Tomkiem już wcześniej płynąć, ale on zawsze miał jakieś opory. A tu się okazuje, ze jego brat cioteczny z rodziną od paru lat jeżdżą na Krutynię na spływ. Przy każdym spotkaniu rodzinnym opowiadali jak im się płynęło i jakie przygody mieli. I mnie za każdym razem z tęsknoty za kajakiem skręcało. W tym roku powiedziałam Tomkowi, chcesz czy nie, ja płynę z nimi i już. Możesz płynąć ze mną, to nic trudnego. Koniec końców, planowaliśmy od początku wakacji spływ. Potem były niezapowiedziane wydatki i mogliśmy kajaki odłożyć na następny rok. Małżonek jednak zrobił mi niespodziankę i... I w sobotę siedzieliśmy w kajaczku. :) Na spływ wybraliśmy się w 6 osób. Wspomniany wcześniej brat cioteczny Tomka - Mariusz, z żoną Ewą. Jego matka - siostra mojego teścia, mój teść i my. Ogólnie była kupa śmiechu, adrenaliny i nerwów. Terasę mieliśmy na 23 kilometry. Babięta przez Spychowo do Zgonu. Proszę się nie śmiać z ostatniej nazwy. ;) My z Tomkiem zrobiliśmy trochę więcej, bo płynęliśmy zygzakiem, od brzegu do brzegu. Tomek uczył się pływać, a za nic w świecie nie chciał mnie naśladować, tylko robić po swojemu. Dopiero jak o mało nas z kajaku nie wywalił, wrzasnęłam na niego "Jak nas utopisz, to cię zabiję!". Od tego momentu płynęliśmy dobrze. Na tyle dobrze, że wyprzedziliśmy teścia z jego siostrą. Mariusza z Ewką jednak nie, bo oni wiosłowali jak wioślarze na olimpiadzie. ;) Wprawieni kajakarze. Mój teść z siostrą ciągle się sprzeczali. Oczywiście tak pozytywnie. :D Jak to brat z siostrą. W pewnym momencie teściowi zaczął dzwonić telefon, który niestety nie był zapakowany w woreczek, tylko do kieszeni od spodni. Przestał wiosłować, przez co wpieprzyli się w trzciny. Cioteczka niemal, że pionowo siedziała z kajakiem na tej trzcinie, ale ten musiał odebrać koniecznie telefon. Nim wyciągnął go z kieszeni, co wyglądało jakby muchy odganiał i nim skończył rozmawiać, to byli dawno w tyle. Dopłynęliśmy do naszego celu, do Zgonu. Kajaki wciągnęliśmy na brzeg i:
- O jej! Gdzie jest mój telefon?! - krzyczy teściu, klepiąc się po kieszeniach.
Telefonu nie ma. Patrzymy. Biegnie do wody i wyciąga telefon.
- Jest! - krzyczy uradowany jak małe dziecko.
No, ale co z tego, że jest jak mokry. Suszył suszarką... Nic to nie dało. Telefon zepsuty, a nie miał roku... Z teściem była jeszcze jedna przygoda jak się przejadł, a raczej przeżarł. Ale tego nigdy nie opiszę, chyba, że po pół litrze wódki. ;)
Wieczorkiem poszliśmy na drinka do pobliskiego baru nad wodą. Jedna para z kajaku wypadła i wszystko mieli mokre. Od siebie począwszy po pieniądze, dokumenty. Może i byłam na kajaku po raz pierwszy od paru lat, ale to chyba każdy wie, a przynajmniej powinien wiedzieć. Idąc na kajaki komórkę, dokumenty, pieniądze trzeba mieć w szczelnym zamkniętym woreczku. Inaczej wszystko może się zamoczyć.

Póki co nie mogę zaprezentować zdjęć ze spływu. Ale wklejam mapkę. :)


http://www.krutyn.eu/turystyka.html

czwartek, 23 sierpnia 2012

Muszki owocówki.


Czy ktoś ma z tym cholerstwem problem? Czy ktoś może mi powiedzieć jak się tego pozbyć? Umyłyśmy z teściową całą kuchnię. Łącznice z szafkami oraz lodówką (wewnątrz i na zewnątrz). Meble były przesuwane i podłoga pod nimi dokładnie myta. Paskudztwo dalej lata. Owoce, warzywa już dawno chowamy do lodówki, ale pieczywo? Leży w chlebaku, zawinięte w woreczek i... Otworzy się chlebak to te cholery wylatują. A przecież tyle razy był myty. Pieczywo nie jest jakieś z marketu, tylko od piekarza obok, który sam mąkę miele na chleb. W kuchni mam wręcz sterylnie a jednak coś tam lata… Lep na muchy nic nie daje, kawałek owocu w butelce też nie. Jeszcze trochę a całą kuchnię się wymieni szybciej niż myśleliśmy.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Babski dzień i sklepik z niespodzianką.

Wczoraj miałam jeden z nieprzewidzianych wydatków. Kupiłam książkę, kolejną cześć z kokardką. Pierwsza część "Bogusia" bardzo mi się spodobała, a następna co raz bardziej intryguje. Uważam, że wydawanie pieniędzy na książki jest jak najbardziej potrzebne. Inne zdanie ma małżonek, ale jego akurat przy tym nie było. ;) Cała historia dzieje się w Pogodnej. Bogusia otwiera "sklepik z niespodzianką". Sprzedaje różne kurzołapki, przedmioty z duszą i historią oraz robi wspaniałe ciasta, kawy, herbaty, czekolady. Książka ogólnie tucząca, ale co tam.Dobra na pochmurne, wietrzne wieczory, a także te gorące dni. :)
 ksiegarnia.pwn.pl

 katarzynamichalak.blogspot.com

Z Aniutkiem urządziłyśmy sobie babski wypad. Obie humorami nie tryskałyśmy, więc trzeba było je poprawić. Chociażby kinem i zakupami. Film może dziecięcy "Merida waleczna", ale niezły wyciskacz łez i bardzo zabawny. Potem były hektolitry wypitego mojito z KFC. W 30stponiowy upał mojito jest wskazane.... mmmmmmm.... pyyyyyszneeee... Cały dzień spędziłyśmy w centrach handlowych. Głównie na przymierzaniu ciuchów i snuciu "co by było gdyby". I tak w Camaieu znalazłam ekstra spodnie. Jeansy granatowe, z rozszerzanymi nogawkami od kolana. Jednakże za tę jakość (czyli dość marną) nie zapłaciłabym tych 120 zł! Może ktoś kupuje ciuchy znanych marek, niech sobie kupuje. Ale jeśli mam ten sam towar z identyczną metką na bazarze, to wybieram bazar. Kupię identyczne spodnie za 45 zł. Za to bardzo spodobał mi się płaszczyk z Orsay:
 http://store.orsay.com

Oraz buty z Deichmanna.

 http://www.deichmann.com

Za tydzień planujemy kolejne spotkanie, tym razem u mnie w domu. Mamy robić pizzę a do tego pić oryginalne mojito. Zaproponuję Ani też moją pizzę fit. Tomkowi smakuje, może i jej też będzie. Odnośnie małżonka. Wczoraj dostałam komplement, a to należy do rzadkości, bo wybranek nie należy do wylewnych "Zrobiłaś pyszny obiad kochanie" i CMOK. Mmmmmmm :D Na obiad był kucak po hawajsku. ^^

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Obecna lektura.

Mam nowy komputerek. :D Ten chodzi bez zarzutu. Z nowym aparatem, oraz ze spływem kajakowym mogę poczekać. Dobry sprzęt jest ważniejszy. Nie żałuję swojego wyboru. Aparat i spływ nie uciekną. Ostatnio czas spędzałam na trawce przy książce. Zabrałam się za "Millenium" część 1. Dostałam ją jakieś dwa lata temu pod choinkę i dopiero teraz mam więcej czasu by ją przeczytać. Nie wiem jak wy, ale ja do każdej książki muszę się odpowiednio psychicznie nastawić. Do tej książki nastawiałam się bardzo długo. Po kilku lekkich lekturach, typowo letnich, zapragnęłam przeczytać coś z dreszczykiem. "Millenium" jest świetne pod tym względem. Więcej na temat książki powiem jak ją skończę. Ale już teraz mogę ją polecić. Jest fenomenalna. Niestety z racji, że to przepasłe tomiszcze, to nie codziennie mam okazję by do niego zajrzeć. Nie zabieram go do torebki, gdy gdzieś jadę. Często jest tak, że muszę przerwać czytanie bo jestem pod wrażeniem dziejącej się akcji i układam sobie wszystko w głowie.
Jest kilka plusów czytania na powietrzu. Można się nieźle opalić. W tym roku na wczasy nigdzie nie jechałam i nie jadę, jednak każdy się mnie pyta "skąd masz taką ładną opaleniznę"? :D Co dziennie jestem na dworze. Ostatnio byłam ponownie na działeczce rodziców. Fasolki szparagowej mam na cały rok, ogórki, buraczki i kabaczki pójdą trochę szybciej. :D Uwielbiam lato. Jest tyle świeżych warzyw. :)





środa, 1 sierpnia 2012

Opowiadanie cz 1.

            Drażniący głosik piszczał Eileen w uszach. Nie chciała jeszcze wstawać, ale skrzeczenie stawało się nie do zniesienia. Lekko otworzyła oczy. Mała elfka latała jak szalona nad jej głową. Cała przy tym świeciła kolorami tęczy. Dziewczyna ponownie zamknęła oczy, oraz naciągnęła poduszkę na głowę. Nie miała zamiaru dziś tak wcześnie wstawać. Ostatnie wydarzenia były dla niej bardzo stresujące. Wczoraj odbyło się Zgromadzenie Panów, w którego skład wchodzą zarządcy ziem w Fareni, oraz ona jako cesarzowa. Zastanawiali się, jakie począć działania w związku z sytuacją w Linopii. Odkąd księżniczka Adain opuściła tę krainę, ludzie przeciwni jej starają się pozyskać wpływy. Owszem zostawiła tam swojego zastępcę Lonana, ale to właśnie on spiskuje przeciwko niej. Adain za to mu ufa bezgranicznie, bo przecież tyle razu uratował jej życie. Eileen na początku też nie mogła uwierzyć, ale sama widziała na własne oczy jak ten oszust z zimną krwią zabijał wierną służącą księżniczki, kiedy ta chciała ostrzec swoją panią.
- Eileen wstawaj już! - zapiszczała po raz któryś elfka - Miałaś wstać rano i udać się na Ziemię by porozmawiać z Adain!
            Dziewczyna szybko wstała z łóżka. Ciągle zapominała, że czas tu, a tam się trochę różni. Kiedy w Fareni jest ranek, to tam jest popołudnie. Weszła do łazienki obok. W mig wyczarowała w wielkiej wannie ciepłą wodę z bąbelkami. Po kwadransie była już gotowa do wyjścia.
- Eileen jesteś pewna, że tak ubrana chcesz iść?
            Dziewczyna obejrzała się w lustrze. Miała na sobie ciemno zieloną suknię, ze srebrnym pasem. Tyle czasu tu spędzała, że nawet zaczęła nosić się według tutejszej mody. Suknie wyjęte niczym ze średniowiecza i mitów o Królu Arturze. Obróciła się dookoła i była już w rurkach w czarno-czerwoną kratę, białej bluzce z napisem "Slash", skórkowej kurtce z ćwiekami na ramionach, oraz czarnych kozakach.
- Tak u ciebie się chodzi?
- Sifora. - zwróciła się do elfki - Ja tak chodzę. Co ty taka konserwatywna jesteś?
- Mogłabyś się ubrać bardziej dziewczęco. W tych twoich kolorowych gazetkach jest tyle ładnych sukienek. - wzięła w małe raczki jedną z gazet i pokazała na koronkową pudrową sukienkę.
- Chcesz bym wyglądała jak firanka?
- Nie.
- Jasne...
- Może dzięki temu znalazłabyś cesarza? - wypaliła jednym tchem Sifora.
- Cooooo?! - spytała przerażona dziewczyna.
            Elfka zaczęła świecić na zielono i wyczarowała wielką księgę. Ta znowuż otworzyła się na pierwszych stronach.
- Według naszego prawa nim minie trzeci rok panowania cesarzowej, ta musi poślubić małżonka.
- O to wspaniale. To zostały mi jeszcze dwa lata - uradowała się Eileen.
            W zasadzie była poirytowana zasadami panującymi na zamku. Po raz kolejny obiecała sobie w duchu, że jak tylko będzie mieć czas, to je zmieni. Uważała, że każdy powinien wybierać sobie drogę jaką pójdzie.
- Owszem, ale musisz się jeszcze zakochać, a nim to nastąpi to poznać wybranka.
- No dobra, a co do tego ma firanka?
- Nie firanka, tylko koronkowa sukienka. - popatrzyła się na gazetkę i wskazała cieliste baleriny - Do tego te buciki.
- Na podryw tylko w szpilkach Siforo.
- Szpilkach? - zdziwiła się. - Co to są szpilki?
- Dobra, koniec tej głupiej pogawędki. Lecę do Adain.
            Sifora popatrzyła na Eileen. Dziewczyna była wyraźnie czymś przejęta. Dłonie pocierała ciągle o spodnie, kaszlała, oraz słychać było burczenie z brzucha.
- Jeszcze nie jadłaś!
- Nie jestem głodna! - krzyknęła Eileen.
- Czym jesteś tak zdenerwowana? Adain jest twoją przyjaciółką, na pewno ci uwierzy. - uspakajała ją elfka.
            Eileen nic nie mówiąc wyleciała z komnaty przez okno i zwróciła się ku Jezioru Silver. Jezioro miało to do siebie, że w ciemnościach świeciło na błękitno. Rano za to miało bardzo czystą barwę i było widać nawet najmniejszy kamyczek. Poza tym było bardzo dużym źródłem mocy. Wystarczyło się w nim zanurzyć lub wypić kilka kropel a człowiek, elf czy inna istota stawała się w pełni zdrowa. Eileen napełniła trzy małe buteleczki leczniczą woda i schowała je do torebki. Nabrała trochę wody na dłoń i napiła się. Woda dodawała również odwagi a także rozjaśniała umysł. Wzbiła się w powietrze. Gdy była wystarczająco wysoko, wykonała kilka ruchów dłonią i zniknęła.
            Pojawiła się tuż nad Pałacem Kultury i Nauki. Nie mogła jednak od tak zlecieć na chodnik, bo by za bardzo zwróciła na siebie uwagę. Wleciała przez któreś z wyższych okien pałacu, do pustego pomieszczenia. Pamiętała, że dzisiaj Adain ma zajęcia plastyczne. Zjechała windą na odpowiednie piętro i czekała przed salą na przyjaciółkę aż wyjdzie. Minęło 30 minut ale ta nie wychodziła. Zaczęła się już zastanawiać czy aby na pewno we wtorki Adain ma te zajęcia. Może coś się jej pokręciło? Usłyszała jednak harmider, dobiegający z sali. Młodzież zaczęła wychodzić i zobaczyła ją. Szczupła dziewczyna z wielkimi, niebieskimi oczami niczym poranne niebo. To te oczy Eileen widziała najpierw, były takie szczere.
- Eileen! - krzyknęła Adain i rzuciła się na ramiona przyjaciółki.
- Cześć.
- Co cię tu sprowadza?
- No wiesz, czasem trzeba odwiedzić stare kąty. Może pójdziemy gdzieś do kawiarni? - zaproponowała.
- Może być! Wiesz, że na przeciwko Mangislandu otworzyli jedną?
            Eileen stanęła sztywno. Dobrze wiedziała, co oznacza hasło "mangisland".
- Czy ten chłopak nadal ci z głowy nie wywietrzał? - spytała lekko złośliwie.
- Nieeee... - uśmiechnęła się Adain.
- Nie możesz go poprosić o telefon?
- Nieeeee! - wybałuszyła oczy.
- Spytać chociaż o imię?
- Nieeeeee!!!
- Dobra już dobra, pójdziemy do mangislandu.
- Hura!!! - Adain zaczęła skakać z radości.
            Dziewczyny przeszły przez pasaż handlowy w metrze. Weszły do Mangislandu. Na półkach były poustawiane mangi o różnej tematyce. Podeszły do stoiska i każda wzięła po książeczce do poczytania. Usiadły na wielkiej kanapie i zatopiły się w lekturze.
- Eileen... Nie ma go. - szepnęła Adain. - Wychodzimy.
- Ale ja jeszcze nie skończyłam czytać.
- Nie po to tu przyszłyśmy.
- Adain, nie uważasz że to będzie dziwne jak tak szybko wyjdziemy? Przecież, te chłopaki za ladą ciągle się na nas gapią. Jak wyjdziemy tak szybko, to zaczną coś podejrzewać. Z resztą twój luby może zaraz przyjdzie. Poczekajmy chwilę... No a przynajmniej do póki nie skończę czytać Paradise Kiss.
- No tak... Wielbicielka Georga, postaci rysunkowej. I to ja niby jestem walnięta.
- Oj tam, oj tam...
            Tak na prawdę Eileen nie wiedziała jak zacząć rozmawiać z przyjaciółką na temat Lonana. Każda chwila była obecnie dobra. Nikt nie będzie ich teraz podsłuchiwał, żaden ciekawski człowiek, który po rozmowie uznałby je za wariatki. Obawiała się jednak, że towarzyszka jej nie uwierzy. Lonan wydawał się zawsze wiernym przyjacielem Adain. Jednak od samego początku mężczyzna budził niepokój w Eileen. Coś w niej krzyczało by mu nie ufać. Adain próbowała wielokrotnie przekonać dziewczynę do mężczyzny. To nie pomagało. W efekcie obie się ze sobą pokłóciły. Eileen nie miała wtedy żadnych argumentów przeciwko niemu, jedynie swoje przeczucie. Obecnie Lonan mógł już rozmawiać z Adain, opowiadając jej kłamstwa. Jednak nic po zachowaniu księżnej tego nie wskazywało.
            Po kwadransie Adain wstała a za nią Eileen. Odłożyły książeczki i wszyły jakby nigdy nic. Szły pasażem i... Przed nimi szedł wysoki chłopak, o ciemnych oczach i czarnych, długich włosach. Granatowa, aksamitna koszula świetnie podkreślała jego szczupłą sylwetkę. Przeszedł koło nich, a Eileen dla pewności obróciła głowę w jego kierunku. Tak to był on, miał na sobie czarny plecak z czerwony X-em. Poczuła jak ramie jej sztywnieje, Adain mocno zaciskała na nim dłonie. Popatrzyła na towarzyszkę, a ta miała wielki uśmiech na twarzy.
- Adain. Adain, obudź się! Adain ramie mnie boli!
            Przyjaciółka jednak nie reagowała.
- To wracamy się do Mangislandu?
- Nieeeeee!!!! Co ty?! To dopiero wyda się dla nich dziwne.
- I o to chodzi, może w końcu weźmiesz od niego telefon.
- To o czym chciałaś pogadać? - spytała Adain, jednocześnie kierując rozmowę na inny tor.
- Yyyy... Nooo... Pogadamy w kawiarni. - odpowiedziała wymijająco dziewczyna.
            Siedziały w kawiarni, popijając białą kawę. W zasadzie bardzo różniły się od siebie, fizycznie jak i psychicznie. Eileen miała długie do pasa, proste, czarne włosy. Oczy zielone, w nocy świecące w ciemnościach. Jej sylwetka była dość luźna, jak ona sama. Nie za bardzo lubiła się uczyć, zwłaszcza tych rzeczy mało pożytecznych dla niej, jak etykieta, czy matematyka w szkole. Była wolnym duchem i nie lubiła się poddawać panującym regułom. Nie licząc długich sukien w Farni, lubiła chodzić w spodniach, które podkreślały jej krągłości. Adain miała jasno-brązowe loki opadające za ramiona. Oprócz niebieskich oczu, była posiadaczką bardzo jasnej cery i uroczych pieprzyków na całym ciele. Była wyższa od swojej przyjaciółki, o wyprostowanej postawie. Żyła według zasad panujących w danym otoczeniu, lub miejscu. W brew pozorom była bardzo opanowaną dziewczyną, nie łamała konwenansów. Naukę chłonęła jak gąbka wodę. Uwielbiała sukienki, spódniczki, szpilki i żakieciki.
- To o czym chciałaś porozmawiać Eileen?

 http://www.tapetki.com


Od autora.
Zabrania się kopiowania i wszelkiego innego powielania tekstu. Cała treść chroniona jest prawem autorskim.