poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Spływ kajakowy. Babięta - Spychowo - Zgon.

Kto lubi kajaki? Ja! Chociaż nie byłam w nim chyba z 8-10 lat. Tak się jakoś złożyło. Mieliśmy z Tomkiem już wcześniej płynąć, ale on zawsze miał jakieś opory. A tu się okazuje, ze jego brat cioteczny z rodziną od paru lat jeżdżą na Krutynię na spływ. Przy każdym spotkaniu rodzinnym opowiadali jak im się płynęło i jakie przygody mieli. I mnie za każdym razem z tęsknoty za kajakiem skręcało. W tym roku powiedziałam Tomkowi, chcesz czy nie, ja płynę z nimi i już. Możesz płynąć ze mną, to nic trudnego. Koniec końców, planowaliśmy od początku wakacji spływ. Potem były niezapowiedziane wydatki i mogliśmy kajaki odłożyć na następny rok. Małżonek jednak zrobił mi niespodziankę i... I w sobotę siedzieliśmy w kajaczku. :) Na spływ wybraliśmy się w 6 osób. Wspomniany wcześniej brat cioteczny Tomka - Mariusz, z żoną Ewą. Jego matka - siostra mojego teścia, mój teść i my. Ogólnie była kupa śmiechu, adrenaliny i nerwów. Terasę mieliśmy na 23 kilometry. Babięta przez Spychowo do Zgonu. Proszę się nie śmiać z ostatniej nazwy. ;) My z Tomkiem zrobiliśmy trochę więcej, bo płynęliśmy zygzakiem, od brzegu do brzegu. Tomek uczył się pływać, a za nic w świecie nie chciał mnie naśladować, tylko robić po swojemu. Dopiero jak o mało nas z kajaku nie wywalił, wrzasnęłam na niego "Jak nas utopisz, to cię zabiję!". Od tego momentu płynęliśmy dobrze. Na tyle dobrze, że wyprzedziliśmy teścia z jego siostrą. Mariusza z Ewką jednak nie, bo oni wiosłowali jak wioślarze na olimpiadzie. ;) Wprawieni kajakarze. Mój teść z siostrą ciągle się sprzeczali. Oczywiście tak pozytywnie. :D Jak to brat z siostrą. W pewnym momencie teściowi zaczął dzwonić telefon, który niestety nie był zapakowany w woreczek, tylko do kieszeni od spodni. Przestał wiosłować, przez co wpieprzyli się w trzciny. Cioteczka niemal, że pionowo siedziała z kajakiem na tej trzcinie, ale ten musiał odebrać koniecznie telefon. Nim wyciągnął go z kieszeni, co wyglądało jakby muchy odganiał i nim skończył rozmawiać, to byli dawno w tyle. Dopłynęliśmy do naszego celu, do Zgonu. Kajaki wciągnęliśmy na brzeg i:
- O jej! Gdzie jest mój telefon?! - krzyczy teściu, klepiąc się po kieszeniach.
Telefonu nie ma. Patrzymy. Biegnie do wody i wyciąga telefon.
- Jest! - krzyczy uradowany jak małe dziecko.
No, ale co z tego, że jest jak mokry. Suszył suszarką... Nic to nie dało. Telefon zepsuty, a nie miał roku... Z teściem była jeszcze jedna przygoda jak się przejadł, a raczej przeżarł. Ale tego nigdy nie opiszę, chyba, że po pół litrze wódki. ;)
Wieczorkiem poszliśmy na drinka do pobliskiego baru nad wodą. Jedna para z kajaku wypadła i wszystko mieli mokre. Od siebie począwszy po pieniądze, dokumenty. Może i byłam na kajaku po raz pierwszy od paru lat, ale to chyba każdy wie, a przynajmniej powinien wiedzieć. Idąc na kajaki komórkę, dokumenty, pieniądze trzeba mieć w szczelnym zamkniętym woreczku. Inaczej wszystko może się zamoczyć.

Póki co nie mogę zaprezentować zdjęć ze spływu. Ale wklejam mapkę. :)


http://www.krutyn.eu/turystyka.html

3 komentarze:

  1. Zwykle zatopione telefenony ratują. No ale na gwarancji to się nie uda :P

    Odpisałam Ci też o muszkach owocówkach.

    OdpowiedzUsuń
  2. kajaki są świetne... bardzo lubimy takie eskapady :) zatopionych telefonów za to nie ;P

    OdpowiedzUsuń
  3. Też byłam na spływie. Było bosko, chociaż spaliłam się na skwarkę i miałam przekomicznie opalone nogi przez następny rok. Ale przygód z telefonami na szczęście udało się ominąć:)

    OdpowiedzUsuń