sobota, 17 listopada 2012

Przygoda z drożdżowymi rogalami.

Okazuje się, że mam kłopoty ze zdrowiem. To też mogło być powodem mojego złego samopoczucia. Wczoraj byłam na tyle dobita tym wszystkim, że postanowiłam coś upiec. Jak zwykle zabieram się do tego, gdy w lodówce praktycznie nic nie ma. Popatrzyłam do tego lodowego potwora i... olśniło mnie. Drożdżowe pierożki, według przepisu Michała- chłopaka mojej Pres. Ogólnie proporcję ciasta wzięłam taką samą. Przygotowałam trochę inaczej. Tak jak to robi moja mama. Czyli drożdże rozpuściłam w 1/2 kubka ciepłego mleka i łyżką mąki. Zostawiłam do wyrośnięcia. Rosły bardzo szybko i niemal mi z garnuszka wypełzły. Resztę mąki przesiałam na stolnicę, dałam cukier, zrobiłam w środku dziurkę i wlałam pełzającą mieszankę (czyli rozczyn). Wbiłam dwa jajka i zaczęłam wyrabiać, stopniowo dodając resztę mleka i rozpuszczone masło. Tak wyrobione ciasto dałam do wyrośnięcia dwa razy (jak było w przepisie). Następnie podzieliłam na 6 kul i dalej zostawiłam do wyrośnięcia. Kule zrobiły mi się przeogromne. Wydaje mi się, że większe niż te u Michała. W efekcie rogaliki wyszły mi dość spore. Oczywiście jak to ze mną bywa, jest rzecz o której nie pomyślałam, a raczej nie było jej w lodówce ani w spiżarni. Marmolada. Stwierdziłam, że dam do środka cynamon. Jednak u mnie w domu jest wielka familia, która za przyprawami nie przepada . I mimo, że szwagierka mieszka już na swoim, to i tak albo ja u niej przesiaduję, lub ona z Majcią u nas. Pomysł z cynamonem wcale jej się nie spodobał i... dała mi jabłka, które zostały jej jeszcze po szarlotce. Tak więc rogaliki były z jabłkową esencją i wyszły pysznie (cynamon jakoś przemyciłam do środka). Na wierzchu posmarowałam je rozkłóconym jajkiem i posypką karmelowo-waniliową.
Rogali wyszło bardzo dużo. Zmieściły się na dużej tacy i wielkim talerzu. Talerz poszedł do szwagierki, a taca została u nas. Dziś rano pomyślałam, że zrobię zdjęcia rogali na tacy. Zeszłam na dół i... Połowa ciastek zniknęła.
- Tato gdzie się podziały rogale?
- Zjadłem. - Teść uśmiechnął się szeroko. Moja mina jednak nie była chyba za sympatyczna, bo zaraz wyjaśnił. - No wczoraj wieczorem podchodziłam i jadłem, i dzisiaj rano również.
- Aha... To może tata kupi marmoladę jak będzie w sklepie, to zrobię druga turę.
- Ale te są jeszcze.
- Owszem. Jednak biorąc pod uwagę apetyty co poniektórych, to do jutra rogaliki zniknął. - Wyszczerzyłam się.
Dziś piec nie będę, ale zrobię je w tygodniu. Myślę, że po wtorkowej wizycie u lekarza przyda się fura takich rogali.



 Wiem, że nie są za rumiane, ale te z pierwszej blachy pod spodem wyszły mi za brązowe. Kolejne musiałam dać na wyższy poziom i zmniejszyć temperaturę.

Pozdrawiam gorąco :)

1 komentarz:

  1. I tak wyglądaja apetycznie, sama by tak podchodziła i podjadała. U mnie tak schodzą muffiny; zanim wystygną już połowy nie ma :) Może zrobie coś z kruche ciasta (w sumie miała zrobić dziś, ale za oknem było tak słonecznie, że poszłam na długi spacer)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń