poniedziałek, 28 stycznia 2013

Motywacja.

Dzisiejszy wpis miał być o czymś innym. Zrobiłam pieczone pączki w weekend. Pieczone, bo mają mniej kalorii i można ich więcej zjeść. No właśnie! Słyszycie co ja mówię?! Dziś sobie uświadomiłam, co myślałam jak je robiłam. Chciałam ich zjeść więcej niż zwykłych smażonych pączków. Co prawda zjadłam ich nie wiele, bo teściu z moim T się na nie rzucili jak były jeszcze gorące na blasze. Ale to nie zmienia faktu w jaki sposób myślałam. Uświadomiłam sobie dopiero dziś, jak chciałam przenieść zdjęcia z aparatu. A były tam zdjęcia jeszcze mnie z przed kilku lat, jak byłam szczuplutka. To mnie tak zmotywowało, iż stwierdziłam "W tym roku Tłustego Czwartku nie obchodzę". Owszem zrobię faworki i pączki jak obiecałam, ale nie wezmę tego do ust. Swoją drogą, macie jakąś alternatywę na wędlinę? Ostatnio mnie odrzuca jak poczuję sam jej zapach.

A to dwa motywacyjne zdjęcia:
 


A teraz dodajcie sobie około 30 kg i będę ja dziś. Nie muszę się uśmiechać by mieć okrągłą twarz. Bleee... :-P

piątek, 25 stycznia 2013

Mój romantyzm.

Ostatnio czytam Claudie. Zaciekawił mnie artykuł "Romantyzm po męsku". Nie będę go streszczać, raczej zachęcam do kupienia gazety. Droga nie jest, nie całe 3 zł. Chodzi o to jak każda z nas postrzega romantyzm u mężczyzny. Czy to jest kolacja przy świecach, czy pół tuzina róż, czy skok na bungee dla nas. Kilka lat temu Tomek przynosił mi różyczkę za każdym razem jak się widzieliśmy. Na początku mnie to bardzo cieszyło, potem jednak mi się przejadło. Chociażby dlatego, że róża to nie jest mój ulubiony kwiat. Z jakiegoś powodu kocham tulipany. Powiedziałam mu to delikatnie i... Skończyło się na tym, że długo nic nie przynosił a potem... Potem znowu były te róże. No cóż. I to trzeba doceniać, więc się cieszyłam jakbym dostawała tulipany. Tomek tłumaczył się, że o tej porze roku tulipanów nie znajdzie. Może i miał racje, była wtedy zima. Jednak tulipany były, z tym, że droższe od róż. Z artykułu przytoczę jeden cytat Pauliny Młynarskiej, coś co i mnie charakteryzuje. "Paulina nienawidzi taniego romantyzmu. Kolacja przy świecach, z wytwornymi formułkami, jej nie rusza. - Za to, kiedy mężczyzna potrafi zaryzykować i zjawia się, mówiąc: "Nie mogę żyć bez ciebie" - szacun!". Tomek już wie, że ruszy mnie coś bardziej szalonego i zabawnego. Kiedyś przyjaciółka opowiadała mi co jej ukochany zrobił na Walentynki. Wszystko było w kształcie serduszek, jedzenie, ozdoby itd. Ja tego nie czułam. Owszem cieszyłam się, że jest taka szczęśliwa. Ale jakby mi coś takiego Tomek zrobił, to bym powiedziała "Nudziło ci się?". Mnie to nie rusza i już. Ruszyło mnie za to, jak T kupił mi bukiet kwiatów, bez okazji. Tak na spontana. Szliśmy ul. Chmielną, a tam była jakaś kwiaciarnia. W centrum stolicy, dla zwykłego szarego człowieka kwiaty są drogie, zwłaszcza bukiety. A on "Poczekaj na mnie, zaraz wrócę". I wrócił, z bukiecikiem pięknych hiacyntów. Stały mi w wazonie bardzo długo. W następnych dniach pojechałam z przyjaciółką w to samo miejsce, sprawdzić ile kosztowały kwiaty. Cena zwalała z nóg. Tomek kiedyś mi powiedział "Romantyzm z jakiejś okazji, to nie romantyzm". I ma racje. Może dlatego na mnie wrażenie nie zrobiły te serduszka przyjaciółki. Pamiętam również, jakoś klika dni po ślubie. Ludzie tłumnie do nas przyjeżdżali w odwiedziny. Byłam tym bardzo zmęczona, bo jestem typem samotnika i osoby, która w towarzystwie raczej się przysłuchuje innym. A tu byłam wysunięta na pierwszy plan, bo musiałam opowiadać swoje wrażenia ze ślubu, wesela. Dużych ich nie miałam. Gdybym im powiedziała prawdę, czyli "Wiecie, tak na prawdę to chciałam ślub w gronie najbliższych mi ludzi. Wesela nie chciałam od początku i myślałam na nim tylko, kiedy to się skończy" - to by się na mnie obrazili. Kiedy goście już sobie poszli, mówię do Tomka "Zabierz mnie stąd, gdzieś daleko". Co zrobił mój mąż? Rano kazał mi wstać i pojechaliśmy na rowery na cały dzień. To jest dla mnie romantyczne.
Ostatnio nałogowo oglądam "Zaklinacza dusz". To jest mój jedyny ulubiony serial. W 4 serii jest scena gdzie Jim/Sam mówi do Melindy, że tylko oni są najważniejsi, nie tłum gości i ślub pisany ręką organizatora wesela. Zabiera ją razem z dwoma świadkami na ulice, gdzie się poznali i na niej biorą ślub. To jest romantyczne. Jakieś niespodziewane, spontaniczne, wcześniej niezamierzone działanie. Kilka lat temu z Tomkiem byliśmy w górach na wakacje. Szliśmy szlakiem, a dookoła same góry. Gdzieś na górze przyuważyłam jakiś fioletowy kwiatek. Tomek to zauważył i wspiął się po niego, dla mnie po dość stromym zboczu. Takich przykładów mogłabym mnożyć i mnożyć. A jak romantyzm widzą wasi faceci i jak wy to odbieracie?

Mam wrażenie, że temat romantyzmu już poruszałam. Ale... Trudno. Macie kolejną dawkę. :-P

czwartek, 17 stycznia 2013

Napad grypy na moją osobę.

Z racji, że dziś ja choruję i czuję się wstrząśnięta, nie zmieszana a wymięta, to robię Pocieszną listę.
1. Będę dziś leżeć w łóżku i po raz któryś czytać "Cień wiatru".
2. Nie usłyszę "Znowu to czytasz?".
3. Nie muszę iść na zajęcia z angielskiego.
4. Obejrzę dziś swój ulubiony serial. Tak też go mam, to jest "Zaklinacz dusz".
5. W miarę możliwości posiedzę dziś dłużej na necie i pooglądam sobie szafeczki nocne oraz lamy.

Oto moje pierwsze dwa typy szafki i lampki.
Szafeczka z IKEI. Szkoda tylko, że nie ma niebieskiej lub waniliowej.

A to lampka na szafeczkę, również z IKEI. :)

Ogólnie pieniędzy na te rzeczy jeszcze nie ma. Ale pooglądać i pomarzyć zawsze można.

Ostatnio nic tylko piekę lub coś gotuję. W weekend były urodziny mojej chrześnicy oraz mojego dziadka. Na urodziny małej zrobiłam tortille, pokrojone w kółka na półmisku, a na dziadka urodziny zrobiłam.... tort. Robiłam go po raz pierwszy. I muszę przyznać, że wyszedł mi idealnie. cały jego koszt to nie całe 20 zł, a za identyczny w sklepie bym zapłaciła jeszcze raz tyle. Dziadek obchodził 75 urodziny i zrobiliśmy mu cała familią niespodziankę. Każdy miał coś zrobić lub kupić. Dziadek był bardzo miło zaskoczony i łezka mu się w oku kręciła.
- Ale ja nie przygotowałem nic na poczęstunek.
- Dziadku, my mamy ze sobą wszystko.
Zdjęcia tortu są na babci aparacie, więc w ciągu miesiąca je wkleję na bloga. Musze przyznać, że nawet mnie się jego wygląd podobał. W smaku był również bardzo dobry. :)

środa, 9 stycznia 2013

Przygoda z ciastem pomarańczowym.


Długo mnie nie było. Mój okres imprezowy się rozpoczął. Jest bardzo intensywny w styczniu a potem się kończy. W zasadzie te imprezy dotyczą czyjś urodzin, a ostatnio 4 rocznicy śmierci mojego wujka. I wpis dotyczy ciasta z tej okazji.

Co roku moja ciocia organizuje obiad, z deserem, a po mszy jeszcze krótki toast za wujka. Z racji, że moja ciocia jest bardzo zapracowaną kobietą, plus ma dwoje dzieci, w tym jedno z ADHD, to nie ma czasu na wszystko. W tym roku ciasto na tę okazję miała zrobić moja mama, no i ciocia o ile by zdążyła. Mnie jednak coś tknęło i stwierdziłam, że też zrobię. Będzie taka mała niespodzianka z mojej strony. W Claudii znalazłam fajny przepis na ciasto pomarańczowe. Fajny, czyli prosty. Jednak nieco go zmodyfikowałam, użyłam do przełożenia zwykłego kremu karpatkowego z nuta aromatu pomarańczowego. Byłam trochę zła, bo ciasto trzeba ucierać, a ja nie mam makutry. Musiałam to robić w plastikowej misce. Dłonie mnie bolały okropnie, a cukier z masłem i tak się nie chciał ucierać. Po jakimś czasie dodałam reszkę składników i.... W misce zrobiły mi się pomarańczowe gluty. Wiedziałam, że to zły znak. Ale co miałam robić? Przełożyłam ciasto do formy i wstawiłam do piekarnika. Po jakimś czasie ciasto zaczęło na prawdę ładnie wyglądać. Cieszyłam się, że jednak się udało. Po określonym w przepisie czasie, sprawdziłam ciasto patyczkiem. Było dobre. Wystawiłam je na drewnianą dechę i... Na moich oczach środek ciasta opadł, tworząc dość duży dołek. Ciśnienie ponownie mi skoczyło do góry. Poczekałam, aż wypiek wystygnie, przekroiłam go i cały środek wypłynął. Ciasto okazało się w środku surowe! (Skąd, jak?! Nie rozumiem!) To nawet już zakalec nie był. Wiecie co czułam? Mega wkurwienie, bo inaczej się tego nazwać nie da. Teść mnie uspakajał, że on i tak to zje i mam tego nie wyrzucać. No dobra. Jak chce, to niech je. Jednak do cioci nic nie miałam. Co zrobiłam? Zaczęłam ciasto robić od początku, tym razem zaangażowałam w to męża. Niech drugie on uciera. Niestety jajek mi zabrakło, zostało jedno. Trudno, dałam to jedno. Po wykonaniu wszystkich czynności przełożyłam ciasto do blachy i wstawiłam do piekarnika. To drugie wyszło idealnie, po mimo, że nie urosło tak bardzo jak pierwsze. Podczas gdy stygło zaczęłam robić krem karpatkowy i... No rzesz! Jakieś fatum czy jak?! W kremie zrobiły się grudki. Trudno. Pozostało mi tylko każdą grudkę rozetrzeć o ściankę miski. Zostało ich dużo, ale były mniejsze niż wcześniej. Po wystygnięciu ciasta podzieliłam je na dwie w miarę równe części i przełożyłam kremem. Jednak to nie koniec mojej gehenny. Lukier na ciasto mi również nie wyszedł taki jak powinien. To już olałam, nie miałam siły się martwić i stresować. Posmarowałam wierzch ciasta tym niby lukrem, posypałam kandyzowaną skórką pomarańczową. Wstawiłam całość do lodówki, modląc się by krem jakoś się ściął, gdyż zaczął spływać z ciasta.

Następnego dnia jechaliśmy do mojej cioci. Po drodze zabraliśmy moją mamę z siostrą. Okazało się, że ciasto, które mama miała upiec kompletnie się nie udało. Jednak dobrze, że zrobiłam to swoje pomarańczowe. Po przyjeździe do cioci okazało się również, że jej ciasto też się nie udało. Z racji, że nie miała czasu robić następne, poleciała do cukierni po jakiś sernik (Udany też nie był, bo ser był strasznie suchy i się rozpadał).

-Marta jak dobrze, że ty chociaż zrobiłaś ciasto. Dziękuję! – Radowała się ciocia.

Po obiedzie nadszedł czas na deser. Wszyscy byli ciekawi mojego ciasta. Uznali, że wygląda jak ze sklepu. Nic im nie mówiłam, ile wysiłku to ciasto mnie kosztowało. Smak ciasta zachwalali. Nawet bratowa wujka chciała ode mnie przepis. Zaczęłam się zastanawiać, czy oni sobie żartują czy jak? Z racji diety nie jadłam nic słodkiego, ale to ciasto musiałam spróbować. Chciałam się przekonać czy mówią prawdę. Mieli racje. Ciasto na prawdę wyszło pyszne. W kremie nie było czuć żadnych grudek, no i ściął się idealnie. Lukier również wyszedł bardziej lukrowaty, niż jak go wylewałam na ciasto. Dopiero na koniec opowiedziałam im cała historię z ciastem. Wszyscy byliśmy zgodni, że sobota nie była chyba dobrym dniem na wypieki.

Wiecie co? Dostałam zamówienie na ciasto. Mam zrobić tort urodzinowy na 75 urodziny dziadka. Już nawet wiem jaki.
Zdjęć ciasta pomarańczowego nie mam. Byłam za bardzo zła by robić jakie kol wiek zdjęcia. Wiem, że historia brzmi trochę nieprawdopodobnie, ale wydarzyła się naprawdę. Przepis na ciasto jest w styczniowym numerze Claudii.

środa, 2 stycznia 2013

Nowe nadzieje.




I już po Świętach, ba po Nowym Roku. Czy wam też się wydaje, że ten czas gdzieś szybko uciekł? Nie zdążyłam się tym wszystkim nacieszyć. Pozytyw jest taki, że 2013 jeszcze na dobre się nie rozpoczął i czuję lekkie podniecenie co mnie w nim czeka. Mam nadzieję, że same dobre rzeczy. Nie robiłam podsumowania poprzedniego roku by się nie załamać. Jedyna dobra rzecz z niego, to narodziny mojej chrześnicy.

Na ten rok mam duże plany. Oby się na nich nie skończyło. Taki najbardziej realniejszy to wyjazd w góry, być może na rocznicę moją i Tomka. Miały być mazury i kajaki a zostało przy górach. Marzy mi się Zakopane. Byłam w nim jedynie zimą kilka lat temu i było bosko! No ale na góry to ja muszę się przygotować. Od dziś jestem na diecie i zaczynam ćwiczyć. A czemuż to? Temuż to, iż bym po drodze na Morskie Oko nie zeszła na zawał. Myślałam również o Górach Świętokrzyskich, dokładnie o Sandomierzu. Uprzedzę wszelkie pytania. Tak oglądam „Ojca Mateusza”. Jednak Zakopane jest bardziej nęcące. No nie wykluczone, że jak mi się powiedzie (czyt. dostanę pracę) to pojedziemy na weekend na kajaki i do Sandomierza.

Praca to nie jest za realny plan. W zeszłym roku mi się on nie sprawdził. Dziecko już jest bardziej namacalne, acz kol wiek znając mój organizm, to i z tym może być ciężko.
Wracając do ćwiczeń. U mnie problem polega na utrzymaniu ich. Czyli ćwiczę i… nudzi mi się. Musze sobie poszukać jakąś fajną muzykę. Kocham rocka, mam go pełno, ale ćwiczyć się do tego nie da. Może wtedy nie będzie mi się nudzić? Dobre będzie też jakieś urozmaicenie, bo non stop te same ćwiczenia też robią się nudne. Może ma ktoś jeszcze pomysł na ciekawsze ćwiczenia?

Obiecałam przepis na piernik. Robiłam go po raz pierwszy, a ciasto zrobiło prawdziwą furorę u mnie w domu. Piernik jest "oszukany". Czyli kupiłam w torebce Czekoladowca. Nie pamiętam jakiej firmy. Wsypałam cała zawartość z torebki do miski, dodałam wszystkie inne składniki, które były wymienione na opakowaniu oraz dwie duże przyprawy do piernika i potłuczone orzechy włoskie. Dalej postępowałam jak było na opakowaniu. Po upieczeniu, wystawiłam go na werandę by wystygł. I tu dopiero tak naprawdę zaczyna się moja inwencja twórcza. Polewa. Do polewy kupiłam gorzką i mleczną czekoladę. Rozdrobniłam je i wrzuciłam do garnuszka, w którym wcześniej pogrzała się śmietanka 36-tka. Nie powiem ile, bo robiłam to na oko. Czekolady dałam również na oko. Konsystencja ma być nie za rzadka i nie za gęsta. Ciasto zalałam polewą i przyozdobiłam resztą orzechów włoskich. Po wystygnięciu polewa nie będzie twarda jak kamień. Ma być lekko ciągnąca. Zdjęć nie zamieszczę, bo jak już wcześniej pisałam, jestem na diecie. A u mnie bodźca wzrokowe działają najszybciej. Zaraz bym zeszła na dół i pochłonęła kilka kawałków ciasta.
Gorąco pozdrawiam, już w tej szarej przeczystości. ;)

wtorek, 1 stycznia 2013

Szczęśliwego Nowego Roku!

Szczęśliwego Nowego Roku 2013! :D
Jak Wam minął Sylwester? My z Tomkiem spędzaliśmy go u jego siostry. Ogólnie było nas dziesięcioro. Takie nasz zwykłe już towarzystwo imprezowe. Majeczka - chrześnica- jest trochę chora, ale była bardzo rezolutna. Ma dopiero prawie rok (kończy ósmego :)), a na fajerwerki reagowała "łooooołłłł". Nie zabrakło przygody podczas wystrzeliwania. Kogoś fajerwerk pogonił, a jeszcze innemu wpadł na balkon. ^^
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! :)