środa, 9 stycznia 2013

Przygoda z ciastem pomarańczowym.


Długo mnie nie było. Mój okres imprezowy się rozpoczął. Jest bardzo intensywny w styczniu a potem się kończy. W zasadzie te imprezy dotyczą czyjś urodzin, a ostatnio 4 rocznicy śmierci mojego wujka. I wpis dotyczy ciasta z tej okazji.

Co roku moja ciocia organizuje obiad, z deserem, a po mszy jeszcze krótki toast za wujka. Z racji, że moja ciocia jest bardzo zapracowaną kobietą, plus ma dwoje dzieci, w tym jedno z ADHD, to nie ma czasu na wszystko. W tym roku ciasto na tę okazję miała zrobić moja mama, no i ciocia o ile by zdążyła. Mnie jednak coś tknęło i stwierdziłam, że też zrobię. Będzie taka mała niespodzianka z mojej strony. W Claudii znalazłam fajny przepis na ciasto pomarańczowe. Fajny, czyli prosty. Jednak nieco go zmodyfikowałam, użyłam do przełożenia zwykłego kremu karpatkowego z nuta aromatu pomarańczowego. Byłam trochę zła, bo ciasto trzeba ucierać, a ja nie mam makutry. Musiałam to robić w plastikowej misce. Dłonie mnie bolały okropnie, a cukier z masłem i tak się nie chciał ucierać. Po jakimś czasie dodałam reszkę składników i.... W misce zrobiły mi się pomarańczowe gluty. Wiedziałam, że to zły znak. Ale co miałam robić? Przełożyłam ciasto do formy i wstawiłam do piekarnika. Po jakimś czasie ciasto zaczęło na prawdę ładnie wyglądać. Cieszyłam się, że jednak się udało. Po określonym w przepisie czasie, sprawdziłam ciasto patyczkiem. Było dobre. Wystawiłam je na drewnianą dechę i... Na moich oczach środek ciasta opadł, tworząc dość duży dołek. Ciśnienie ponownie mi skoczyło do góry. Poczekałam, aż wypiek wystygnie, przekroiłam go i cały środek wypłynął. Ciasto okazało się w środku surowe! (Skąd, jak?! Nie rozumiem!) To nawet już zakalec nie był. Wiecie co czułam? Mega wkurwienie, bo inaczej się tego nazwać nie da. Teść mnie uspakajał, że on i tak to zje i mam tego nie wyrzucać. No dobra. Jak chce, to niech je. Jednak do cioci nic nie miałam. Co zrobiłam? Zaczęłam ciasto robić od początku, tym razem zaangażowałam w to męża. Niech drugie on uciera. Niestety jajek mi zabrakło, zostało jedno. Trudno, dałam to jedno. Po wykonaniu wszystkich czynności przełożyłam ciasto do blachy i wstawiłam do piekarnika. To drugie wyszło idealnie, po mimo, że nie urosło tak bardzo jak pierwsze. Podczas gdy stygło zaczęłam robić krem karpatkowy i... No rzesz! Jakieś fatum czy jak?! W kremie zrobiły się grudki. Trudno. Pozostało mi tylko każdą grudkę rozetrzeć o ściankę miski. Zostało ich dużo, ale były mniejsze niż wcześniej. Po wystygnięciu ciasta podzieliłam je na dwie w miarę równe części i przełożyłam kremem. Jednak to nie koniec mojej gehenny. Lukier na ciasto mi również nie wyszedł taki jak powinien. To już olałam, nie miałam siły się martwić i stresować. Posmarowałam wierzch ciasta tym niby lukrem, posypałam kandyzowaną skórką pomarańczową. Wstawiłam całość do lodówki, modląc się by krem jakoś się ściął, gdyż zaczął spływać z ciasta.

Następnego dnia jechaliśmy do mojej cioci. Po drodze zabraliśmy moją mamę z siostrą. Okazało się, że ciasto, które mama miała upiec kompletnie się nie udało. Jednak dobrze, że zrobiłam to swoje pomarańczowe. Po przyjeździe do cioci okazało się również, że jej ciasto też się nie udało. Z racji, że nie miała czasu robić następne, poleciała do cukierni po jakiś sernik (Udany też nie był, bo ser był strasznie suchy i się rozpadał).

-Marta jak dobrze, że ty chociaż zrobiłaś ciasto. Dziękuję! – Radowała się ciocia.

Po obiedzie nadszedł czas na deser. Wszyscy byli ciekawi mojego ciasta. Uznali, że wygląda jak ze sklepu. Nic im nie mówiłam, ile wysiłku to ciasto mnie kosztowało. Smak ciasta zachwalali. Nawet bratowa wujka chciała ode mnie przepis. Zaczęłam się zastanawiać, czy oni sobie żartują czy jak? Z racji diety nie jadłam nic słodkiego, ale to ciasto musiałam spróbować. Chciałam się przekonać czy mówią prawdę. Mieli racje. Ciasto na prawdę wyszło pyszne. W kremie nie było czuć żadnych grudek, no i ściął się idealnie. Lukier również wyszedł bardziej lukrowaty, niż jak go wylewałam na ciasto. Dopiero na koniec opowiedziałam im cała historię z ciastem. Wszyscy byliśmy zgodni, że sobota nie była chyba dobrym dniem na wypieki.

Wiecie co? Dostałam zamówienie na ciasto. Mam zrobić tort urodzinowy na 75 urodziny dziadka. Już nawet wiem jaki.
Zdjęć ciasta pomarańczowego nie mam. Byłam za bardzo zła by robić jakie kol wiek zdjęcia. Wiem, że historia brzmi trochę nieprawdopodobnie, ale wydarzyła się naprawdę. Przepis na ciasto jest w styczniowym numerze Claudii.

1 komentarz:

  1. No to nieźle:) Ja się wali to z każdej strony. Ważne że efekt końcowy zadowlił innych, ba nawet chcieli przepisu!! a to o czymś świadczy.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń