poniedziałek, 18 marca 2013

Wreszcie są.

W niedzielę postanowiłam pojechać jeszcze raz na Marywilską za butami. Tomka, po wielkich jego oporach, zabrałam ze sobą. Na jednym ze stoisk znalazłam swoje wymarzone buty ale... nie było rozmiaru. Załamałam się... A raczej szlak mnie trafiał.
- Tomek, ja nie patrzę, a ty mi wybierz buty.
Wybrał, namierzyłam i kupiłam, nawet za bardzo im się nie przyglądając. Wiedziałam, że na pewno nie są to czółenka, a botki. Dobrze je dopiero obejrzałam u babci, pokazując je wszystkim. W mojej rodzinie każdy musi obejrzeć nowy nabytek innych, nawet jakby to były zwykły biały guzik. Tak było od zawsze i nawet nie zastanawiałam się czemu. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że butki są proste, ale bardzo ładne. Natomiast ja dodatkowo poinformowałam, iż są bardzo wygodne i mięciutkie w środku.
Miałam kupić jeszcze płaskie, ale nie chciało mi się już dalej chodzić. Kupię potem jakieś zwykłe sportowe. Póki co zima trwa dalej.



1 komentarz:

  1. No proszę. Z tego wynika,że mąż powinien wybierać Ci buty:)

    OdpowiedzUsuń