czwartek, 27 czerwca 2013

Dziewczyny w podróży.


"Dziewczyny w podróży”- taki nosi tytuł książka, którą obecnie czytam. Od pierwszych stron przypadła mi do gustu. Wiem dlaczego. Trzy dziewczyny są na rozstaju dróg, mają po 27-28 lat. Czyli są w takim wieku, gdzie każdy im mówi, że czas zadbać o swoją przyszłą rodzinę. Czyli mieć męża i urodzić dzieci. One jakby chcąc uciec od szarej rzeczywistości, podróżują dookoła świata.

 Jakbym czytała o sobie. Może nie o podróży, ale o wewnętrznych rozterkach. Bardzo spodobał mi się kawałek „Wyjaśniła nam, że między dwudziestym ósmym a trzydziestym rokiem życia cykl planety Saturn zamyka diagram urodzenia, wyznaczając tym samym koniec okresu młodości i wkroczenie w dorosłość. Niesie to więc ze sobą fundamentalne zakończenia i początki czegoś nowego.” Nie wierzę w horoskopy, ale jednak to ma coś w sobie. Tak jak one jestem na jednym ze skrzyżowań w swoim życiu i nie podoba mi się co widzę. Tak jak one gdzieś bym wyjechała. Swoją drogą to nie moja wina, że dopiero teraz najchętniej gdzieś bym pojechała. Megulencja mówi, że to wina braku pracy. Pewnie też ma to coś w sobie. Ale nawet jak pracuję, to mam takie wewnętrzne poczucie, że nie powinno mnie tu być tylko gdzieś daleko, daleko stąd. Nazywam to tracenie czasu na papierkowe bzdety. Jeszcze żebym miała jakąś robotę bardziej ambitną, pochłaniająca mnie do reszty, ale nie… 

Dlatego postanowiłam za rok jechać do Megulencji do Brukseli. Raz by naładować akumulatory przyjaźni, dwa by zobaczyć choć o drobinę świata. Poza tym mam zamiar jednak do końca października się obronić, a następnie iść na magistra. Zamknąć za sobą ten rozdział. By właśnie dostać w końcu tę ciekawszą pracę. Problem powstaje gdy, na horyzoncie pokazuje się rodzina.

Podobno dobrze jest urodzić przed trzydziestym rokiem życia… Wychodzi na to, że jeszcze dziecka nie mam, a już jestem złą matką. Po głębszej analizie i zasięgnięciu języka wychodzi na to, iż do trzydziestki łatwiej zajść w ciężę… Gówno prawda. Uważam, że jak ma się mieć dziecko, to będzie się je miało wcześniej czy później, a wiek nie ma nic z tym wspólnego. Tak więc, bez względu czy ono będzie czy nie i tak zamierzam realizować swoje inne cele.

Odnośnie jeszcze samej książki. Kupiłam ją zupełnie przypadkowo w kiosku, jak czekałam na Dworcu Wileńskim na Aniutka. Za kupnem przemawiały dwie rzeczy:
1. Oczywiście sama treść.
2. Cena.
Uważajcie na cenę. W kiosku sprzedawali ją za nie całe 20 zł. Była nowiutka, nieuszkodzona, przeceniona. W empiku czy w matrasie zapłaciłabym prawie 50 zł. Jest to dość ciężkie tomiszcze. Nadaje się idealnie na lato. Miałam ją sobie zostawić nad morze, ale jednak nie mogę. Już sama okładka działa jak magnez. ;)

Pozdrawiam.

marcimokiem.blogspot.com


3 komentarze:

  1. Niedawno gdzieś w necie się na nią natknęłam i sobie wpisałam na listę książek do przeczytania. Jestem pewna, że mi też się spodoba. Wcale się nie dziwię, że od razu zaczęłaś czytać:). To, że kupiłaś ją za 20zł jest wręcz niewiarygodne, może dzisiaj się przejdę po kioskach:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest jakaś sieć kiosków, gdzie sprzedają również książki. Tam często są różne przeceny. :)

      Usuń
  2. wyglada ciekawie , dzieki za polecenie :)

    OdpowiedzUsuń