sobota, 31 sierpnia 2013

Wprawka do diety.

Mój ogólny bilans diety, z lata przedstawia się nie za dobrze. Nic mnie nie ubyło, ale dobrze, że też nie przybyło. W sierpniu folgowałam sobie ze wszystkim. Tak więc od września, od poniedziałku zaczynam dalej swoją dietę 1000 kcal. A przez ten weekend robię małą wprawkę. Czyli przede wszystkim przygotowuję się do tego psychicznie. Zmieniam myślenie z "jeść co popadnie", na "myśleć co jem i co zawiera". Tak więc dziś rano śniadanie: sałatka z pomidora, ogórka, sałaty oraz sera żółtego, do tego zielona herbata. Obiad będzie normalny, ale bez ziemniaków. Z resztą nie ciągnie mnie do nich ostatnio wcale. Poza tym kupiłam sobie miód gryczany. Uwielbiam go. Z racji, że w okresie letnim chorowałam dwa razy, postanowiłam do herbaty lub do kawy dawać sobie łyżeczkę miodu. Może to coś pomoże?
Pozdrawiam. :)


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Tu kiedyś będę.

Nie wiem jak Wam, ale mi lato minęło z prędkością światła. Tak... Wiem, że jeszcze tydzień został, ale on szybko minie jak całe lato. Dlatego dziś o miejscach które bym chciała odwiedzić. :)

Bruksela. Ktoś bliski memu sercu tam mieszka i głównie bym pojechała bo ona tam jest. Ale samo miasto też jest śliczne. :)

Która kobieta nie chciałaby kiedyś zobaczyć Paryża? Nie znam takiej. Nawet ja, która byłam sceptyczna, co raz bardziej się na to miejsce nakręcam.

Włochy. No więc słyszałam, że są dość oklepane. Ale... Mnie jednak ciągnie i mam oczy jak 5 złotych, gdy oglądam jakiś zdjęcia stamtąd. 

Grecja. Kolebka nauki, oraz spory kawałek historii. Tak... Mam sentyment to starożytnych państwa. Kiedy u nas ludzie biegali z przepaską na biodrach, tam rozwijało się wszystko. Od umysłu, po architekturę.

Poza tym te kolory... Gdzie takie się znajdzie?! :D

Egipt. Gdyby nie sytuacja polityczna w tym państwie to już bym dawno tam poleciała. Podobno w kurortach jest bezpiecznie, ale nie jechałabym tam, by w basenie siedzieć. Nastawiona jestem na zwiedzanie.

Na razie tylko tyle. Oczywiście jest wiele innych ciekawych miejsc do zobaczenia. Te jednak są takie główne. A Wy co byście chcieli zobaczyć, odwiedzić?
Pozdrawiam.

sobota, 17 sierpnia 2013

Kajakowo 2013.

Naszą tradycją stało się, iż co roku jedziemy na spływ kajakowy. Już wcześniej się do niego przygotowywałam, wzmacniając sobie ćwiczeniami ramiona oraz plecy. W tamtym roku tego nie zrobiłam i płakałam z bólu. Spływ zaczęliśmy od soboty z Babięt, przez Spychowo a na koniec do Zgonu, razem około 25 km. Takie było nasz początkowe założenie. Nie ma wielkich wypraw bez przygód. Od samego rana się chmurzyło. Było szaro jak w Londynie, o ile nie gorzej. Ale przecież nie padało, a nawet jeśli, to przecież mieliśmy ze sobą płaszcze przeciwdeszczowe. No i się zaczęło. Z początku to był tylko deszczyk, mżawka. Owszem grzmiało, ale nie błyskało się. Chłopaki mówili, że ta burza to nad Olsztynem jest... Dobra, niech im będzie... Na Jeziorze Zyzdrój były wysepki. Dopłynęliśmy do którejś i przycumowaliśmy na posiłek i "krzaczki". Po raz pierwszy w życiu robiłam siusiu w krzaczkach. Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Deszcz prawie przestał padać. Coś tam może siąpiło z nieba. No to my w kajaki i dalej... A potem... Ludzie.... Jak najszybciej wiosłowaliśmy do Spychowa i tam kolejny postój w jakimś ośrodku, pamiętającym chyba czasy PRL-u. WC ogólne, dla kobitek, facetów, zwierzątek i robaczków... To już lepsze były krzaczki. Ale na spływie trzeba być przygotowanym na takie warunki. Kiedyś bym się nigdy na to nie zgodziła, a teraz... Jak pęcherz ma zaraz wybuchnąć, to człowiek nie patrzy w jakich warunkach leje. Wracając do spływu... Chcieliśmy przeczekać deszcz, ale tan lał co raz bardziej. Czekamy... Kawka, cyber gej, gazetka... Pada dalej... Teść po poprzedniej nocy był tak struty, że z kajaku nawet nie wyszedł. Przykrył się folią i spał.
- Może odpłynął już? Wiadomo, kajak nie przywiązany, może z falą wypłynął? - Zastanawia się znajoma Ewa.
- No to chodźmy sprawdzić.
Patrzymy, teściu dalej leży w kajaku. Nie rusza się. Folia dziwnie zassana.
- Może się udusił?! - rzuciłam pół żartem pół serio.
- Wujo! Żyjesz?! - krzyczy Ewa.
Teściu macha rękoma. Żyje.
- I co teraz? Pada dalej...
- Co za róznica czy pada tu, czy nam w kajaku. Płyńmy. - proponuje mój Tomek.
No to płyniemy.... A powinniśmy zostać i wezwać podwózkę. Do śluzy jakoś dopłynęliśmy. Przenieśliśmy kajaki i dalej za pagaje. 1, 2, 3, 4.... 1, 2, 3, 4... 1, 2, 3, 4.... Nie dopłynęliśmy do Zgonu. Ulewa była taka, że nic nie było widać na oczy. Musieliśmy zahaczyć o jakiś większe jezioro, gdzie były takie fale, iż modliłam się byśmy cali z tego wyszli. Nikt nie płynął, tylko 6 wariatów (czyli my) i jeszcze jakaś para w kanoe z psem. Dokładnie nie pamiętam, gdzie się zatrzymaliśmy. Sytuacja wymagała, by zakończyć szybciej sobotni spływ. Zawieziono nas do Zgonu, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Jakby wrażeń było mało, to mieliśmy problem i z tym. Gdyż ośrodek był pewien, iż zrezygnowaliśmy z domków. Całe szczęście jakiś dwa się znalazły. A tam szybko się przebrać w suche ciuchy, pod kocyk i kołdrę, oraz po lufce na rozgrzanie.

Niedziela była całkiem inna. Słoneczko już z samego rana grzało przyjemnie. Start zaczynaliśmy od Krutyni, przez Uktę, Nowy Most i do Iznoty (około 25 km) . Było tak spokojnie, że można było poprzyglądać się naturze dookoła. Na własne oczy, na wolności, widziałam czaplę szarą. Piękne stworzenie. Ewka, z Mariuszem mięli spotkanie z wydrą. Minus był taki, że było tłoczno. Mnóstwo kajakowiczów i to takich początkujących. Nie mam nic przeciwko nim, sama byłam w tamtym roku początkująca. Tylko wkurzali mnie czasem, bo nie było jak ich wyminąć. Myśmy też płynęli grupą, ale gęsiego, kajak za kajakiem. A nie obok siebie. Na jeziorach też powinny być jakieś przepisy ruchu drogowego. Chociaż było czasem z kogo się pośmiać. Jedna parka płynęła zygzakiem, od brzegu do brzegu. Inna tyłem i nie wiedzieli, jak płynąć przodem. Owszem, można było doradzić, co zrobić by dobrze płynąć. Ale z własnego doświadczenia wiem, że to nic nie da. Trzeba samemu znaleźć rozwiązanie i wpaść we własny rytm. Ja i do teraz czasem nie wiem, jak wiosłować by skręcić w odpowiednią stronę. Niby robi się wszystko jak należy, a kajak idzie na trzciny, konary, lub się do końca nie widzi to co jest przed oczami. I tak w niedzielę z Tomkiem wpłynęliśmy na pomost. Spora jego część była pod wodą i nie było go widać z daleka. Ten, kto siedział za mną koniecznie chciał się trzymać bliżej brzegu i nie rozumiał słowa "STÓJ!". A wierzcie mi, kajak potrafi dęba stanąć. Następnie jak się chciało kogoś wyminąć, to się wpakowało między konary. I nie ma jak wyjść, bo z przodu drzewo i z tyłu drzewo. Lub jak chce się za szybko skręcić, to kajak ląduje w trzcinach. Po sobotnich przygodach, to człowiek był tak zmęczony ale i rozgrzany, że pracowało całe ciało. Nie tylko ramiona, ale nogi i mięśnie brzucha. Do Iznoty nie dopłynęliśmy. Ktoś już chciał wracać. A szkoda, bo dużo nam nie zostało, a bardzo dobrze się płynęło. Może następnym razem.

Wypad jeszcze raz bym w tym roku powtórzyła. Może się uda. W każdym razie mnie ostatnio ciągle gdzieś goni. Ledwo z Mielna przyjechaliśmy, to wybraliśmy się na spływ. Jutro na rower do Kampinosu. Ostatnio wpadłam na pomysł, by pojechać do Sandomierza. Tomek jednak chce trochę od wyjazdowych wycieczek wypocząć. A szkoda, bo takie wyjazdy jak na jeden rok, to są bardzo rzadko. Dwa, góra trzy w ciągu całego roku.

Pozdrawiam gorąco. :)


wtorek, 6 sierpnia 2013

Mielno



W tym roku pojechaliśmy z całą rodzinką do Mielna. Ogólnie uzbierała się nas grupa 10-osobowa łącznie z dziećmi. Im więcej osób tym weselej. My z Tomkiem dojechaliśmy jedynie dzień później, we wtorek. W sumie dobrze, bo akurat przyjechaliśmy na piękną pogodę. Może trochę padało ale tylko raz, krótko i porządnie.

Pierwszego dnia byliśmy do samego wieczora na plaży. Kostiumowo nie byłam na to przygotowana, ale jak człowiek na oczy widział morze tylko 3 razy, to i w bieliźnie na plaży może plackiem leżeć. ;)

W środę jak pisałam wyżej, troszeczkę padało. Za to potem się wypogodziło i pływaliśmy na rowerkach wodnych. Mielno to bardzo fajne miasteczko, gdzie z jednej strony jest morze a z drugiej jezioro. Gdyby o nie bardziej zadbali to i tam ludzie mogliby się kąpać. Rowerki jednak nie są złe. Miały przeróżne kształty i charaktery. Nasz zielony przypominał garbusa, inny radiowóz milicji, a jeszcze inny biedronkę z długimi rzęsami i ruszającymi się oczami. Potem przejechaliśmy się na diabelskim młynie w wesołym miasteczku. Pod wieczór przeszliśmy się Promenadą. Akurat załapaliśmy się na występ uliczny, grupy tanecznej NASA. Chłopaki tak wywijali ciałami, że nawet jakbym trenowała co dziennie przez 20 lat, to chyba bym tak nie umiała.

W czwartek cały dzień smażyliśmy się na plaży, do takiego stopnia, że nawet na obiad nie chciało nam się iść. By zabić głód jedliśmy jedynie hot dogi przy wejściu. Pani sprzedająca była na tyle miła, iż pozwalała nam nałożyć sobie tyle dodatków ile nam się podobało. No więc mój miał pełno świeżych warzyw oraz cebulkę prażoną. MNIAM! Wieczorem zrobiliśmy sobie ognicho. Taka kiełbasa z ogniska, czy parówka, smakuje całkiem inaczej niż z grilla. Koniecznie u siebie musze sobie zrobić stanowisko na ognisko. Procenty były. Jak szaleć to na całego. Mi tylko co jakiś czas dolewali, a ja… Wylewałam połowę za siebie kiedy inni nie patrzyli. Dopiero zostałam przyłapana pod koniec imprezy, kiedy nie było już co dolewać. ^^

Piątek był bardzo leniwy. Z Tomkiem jeszcze do 11-12 dochodziliśmy do siebie po ognisku. Ale za to na śniadanie zjadłam dwa naleśniki z nutellą i bananami. MNIAAAAAM! Wieczorem odwiedziliśmy ponownie wesołe miasteczko. Przejechałam się na karuzeli Crazy Dance. Może i ktoś powie, że to nic, ale mnie wytrzęsło na długi czas. Chyba nigdy się tak nie darłam jak wtedy. ;) Potem grałam z Tomkiem w cymbergaja. Oczywiście za chwile musiałam grze dać nową nazwę. Bez urazy, ale wyszedł mi Cyber Gej. Z mężem zremisowaliśmy. Tomek strzelał sobie co jakiś czas samobóje.  Nie musiałam się za bardzo męczyć. ;)

Ostatniego dnia byliśmy na plaży jeszcze dwa razy, oraz zaliczyliśmy gokarty. Było tak ciepło, że nie dało się inaczej i z Tomkiem wyjechaliśmy dopiero koło 20.00.

Jeśli ktoś lubi leniwy wypoczynek, leżenie plackiem oraz morze, to Mielno bardzo polecam. :) Może to nie jest Kreta, Grecja czy Egipt, ale też tam pięknie.

 Na jeziorze Jamno.
 Ognicho.
 Kaczuchy nad jeziorem.


Szalona ;)