sobota, 17 sierpnia 2013

Kajakowo 2013.

Naszą tradycją stało się, iż co roku jedziemy na spływ kajakowy. Już wcześniej się do niego przygotowywałam, wzmacniając sobie ćwiczeniami ramiona oraz plecy. W tamtym roku tego nie zrobiłam i płakałam z bólu. Spływ zaczęliśmy od soboty z Babięt, przez Spychowo a na koniec do Zgonu, razem około 25 km. Takie było nasz początkowe założenie. Nie ma wielkich wypraw bez przygód. Od samego rana się chmurzyło. Było szaro jak w Londynie, o ile nie gorzej. Ale przecież nie padało, a nawet jeśli, to przecież mieliśmy ze sobą płaszcze przeciwdeszczowe. No i się zaczęło. Z początku to był tylko deszczyk, mżawka. Owszem grzmiało, ale nie błyskało się. Chłopaki mówili, że ta burza to nad Olsztynem jest... Dobra, niech im będzie... Na Jeziorze Zyzdrój były wysepki. Dopłynęliśmy do którejś i przycumowaliśmy na posiłek i "krzaczki". Po raz pierwszy w życiu robiłam siusiu w krzaczkach. Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Deszcz prawie przestał padać. Coś tam może siąpiło z nieba. No to my w kajaki i dalej... A potem... Ludzie.... Jak najszybciej wiosłowaliśmy do Spychowa i tam kolejny postój w jakimś ośrodku, pamiętającym chyba czasy PRL-u. WC ogólne, dla kobitek, facetów, zwierzątek i robaczków... To już lepsze były krzaczki. Ale na spływie trzeba być przygotowanym na takie warunki. Kiedyś bym się nigdy na to nie zgodziła, a teraz... Jak pęcherz ma zaraz wybuchnąć, to człowiek nie patrzy w jakich warunkach leje. Wracając do spływu... Chcieliśmy przeczekać deszcz, ale tan lał co raz bardziej. Czekamy... Kawka, cyber gej, gazetka... Pada dalej... Teść po poprzedniej nocy był tak struty, że z kajaku nawet nie wyszedł. Przykrył się folią i spał.
- Może odpłynął już? Wiadomo, kajak nie przywiązany, może z falą wypłynął? - Zastanawia się znajoma Ewa.
- No to chodźmy sprawdzić.
Patrzymy, teściu dalej leży w kajaku. Nie rusza się. Folia dziwnie zassana.
- Może się udusił?! - rzuciłam pół żartem pół serio.
- Wujo! Żyjesz?! - krzyczy Ewa.
Teściu macha rękoma. Żyje.
- I co teraz? Pada dalej...
- Co za róznica czy pada tu, czy nam w kajaku. Płyńmy. - proponuje mój Tomek.
No to płyniemy.... A powinniśmy zostać i wezwać podwózkę. Do śluzy jakoś dopłynęliśmy. Przenieśliśmy kajaki i dalej za pagaje. 1, 2, 3, 4.... 1, 2, 3, 4... 1, 2, 3, 4.... Nie dopłynęliśmy do Zgonu. Ulewa była taka, że nic nie było widać na oczy. Musieliśmy zahaczyć o jakiś większe jezioro, gdzie były takie fale, iż modliłam się byśmy cali z tego wyszli. Nikt nie płynął, tylko 6 wariatów (czyli my) i jeszcze jakaś para w kanoe z psem. Dokładnie nie pamiętam, gdzie się zatrzymaliśmy. Sytuacja wymagała, by zakończyć szybciej sobotni spływ. Zawieziono nas do Zgonu, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Jakby wrażeń było mało, to mieliśmy problem i z tym. Gdyż ośrodek był pewien, iż zrezygnowaliśmy z domków. Całe szczęście jakiś dwa się znalazły. A tam szybko się przebrać w suche ciuchy, pod kocyk i kołdrę, oraz po lufce na rozgrzanie.

Niedziela była całkiem inna. Słoneczko już z samego rana grzało przyjemnie. Start zaczynaliśmy od Krutyni, przez Uktę, Nowy Most i do Iznoty (około 25 km) . Było tak spokojnie, że można było poprzyglądać się naturze dookoła. Na własne oczy, na wolności, widziałam czaplę szarą. Piękne stworzenie. Ewka, z Mariuszem mięli spotkanie z wydrą. Minus był taki, że było tłoczno. Mnóstwo kajakowiczów i to takich początkujących. Nie mam nic przeciwko nim, sama byłam w tamtym roku początkująca. Tylko wkurzali mnie czasem, bo nie było jak ich wyminąć. Myśmy też płynęli grupą, ale gęsiego, kajak za kajakiem. A nie obok siebie. Na jeziorach też powinny być jakieś przepisy ruchu drogowego. Chociaż było czasem z kogo się pośmiać. Jedna parka płynęła zygzakiem, od brzegu do brzegu. Inna tyłem i nie wiedzieli, jak płynąć przodem. Owszem, można było doradzić, co zrobić by dobrze płynąć. Ale z własnego doświadczenia wiem, że to nic nie da. Trzeba samemu znaleźć rozwiązanie i wpaść we własny rytm. Ja i do teraz czasem nie wiem, jak wiosłować by skręcić w odpowiednią stronę. Niby robi się wszystko jak należy, a kajak idzie na trzciny, konary, lub się do końca nie widzi to co jest przed oczami. I tak w niedzielę z Tomkiem wpłynęliśmy na pomost. Spora jego część była pod wodą i nie było go widać z daleka. Ten, kto siedział za mną koniecznie chciał się trzymać bliżej brzegu i nie rozumiał słowa "STÓJ!". A wierzcie mi, kajak potrafi dęba stanąć. Następnie jak się chciało kogoś wyminąć, to się wpakowało między konary. I nie ma jak wyjść, bo z przodu drzewo i z tyłu drzewo. Lub jak chce się za szybko skręcić, to kajak ląduje w trzcinach. Po sobotnich przygodach, to człowiek był tak zmęczony ale i rozgrzany, że pracowało całe ciało. Nie tylko ramiona, ale nogi i mięśnie brzucha. Do Iznoty nie dopłynęliśmy. Ktoś już chciał wracać. A szkoda, bo dużo nam nie zostało, a bardzo dobrze się płynęło. Może następnym razem.

Wypad jeszcze raz bym w tym roku powtórzyła. Może się uda. W każdym razie mnie ostatnio ciągle gdzieś goni. Ledwo z Mielna przyjechaliśmy, to wybraliśmy się na spływ. Jutro na rower do Kampinosu. Ostatnio wpadłam na pomysł, by pojechać do Sandomierza. Tomek jednak chce trochę od wyjazdowych wycieczek wypocząć. A szkoda, bo takie wyjazdy jak na jeden rok, to są bardzo rzadko. Dwa, góra trzy w ciągu całego roku.

Pozdrawiam gorąco. :)


3 komentarze:

  1. Podziwiam Cię za zapał do kajakarstwa :) Ja wybrałam w tym roku rower oraz piesze wycieczki.

    Ściskam, Meg
    www.megulencja.blogspot.be

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, kajak jest raz w roku. Ja postanowiłam jeździć na rowerze nawet i co dziennie, o ile pogoda pozwoli do końca jesieni. :)

      Usuń
  2. Ja byłam tylko raz na kajakach ale połknęłam bakcyla. Co to za nazwa Zgon? Raczej bym stamtąd uciekała;)

    OdpowiedzUsuń