środa, 2 listopada 2016

Mam marzenie.

Ostatnio przechodzę jakiś kryzys. Od dłuższego czasu mam tylko jedno marzenie - wyprowadzić się. Obecnie nie mam jakoś źle, ale wtrącanie się, opieszałość, czepialstwo, przytyki, nierówne traktowanie wnuczek co raz bardziej mnie denerwuje. I co raz trudniej mi panować nad sobą przy rodzinie męża. Zastanawiam się, jak w obecnej sytuacji się odciąć. Nie mam nawet ochoty na jakie kol wiek walki w pyskówki, bo to i tak sensu nie ma. Tylko niepotrzebnie bym sobie gardło zdarła. Ale jeśli nie mogę na razie czegoś mieć, to przynajmniej sobie pomarzę.

Mam kochającego męża, który stara się mnie rozumieć, ale przede wszystkim jest dla mnie dużym wsparciem. Często rozmawiamy ze sobą, bez żadnej spinki. Mamy nie wielkie mieszkanie w mieście, 2-3 pokoje z kuchnią. Córka ma swój pokój. Niedaleko jest park, po którym spacerujemy wieczorami. Nie ważne która to pora roku. Zawsze chodzimy tam na spacery po kolacji. Kilka przystanków dalej jest centrum handlowe. W pobliżu naszego bloku jest przychodnia i ogrodzone przedszkole z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiś oddział przedszkolny. Ale normalne przedszkole, gdzie każde dziecko ma swój materacyk. Do pracy mamy trochę daleko, trzeba przejechać pół miasta. Jednak autobusy i tramwaje chodzą co 10 minut, wiec z dojazdem nie ma problemu. Żyjemy sobie tam we troje. Może kiedyś, jak na to finanse pozwolą, będzie nas czworo. Puki co cieszymy się tym co mamy. Fakt, to mieszkanie kupione na kredyt, ale jest nasze i mieszkamy w nim tylko my, sami. To, że je mamy zawdzięczamy tylko sobie. Czasami będzie nam ciężko. Ale jesteśmy kochająca się rodziną i wszelkie przeciwności przetrwamy.

Takie jest moje marzenie. A Wasze?

niedziela, 16 października 2016

Szczerość w związku?

Każdy wie, że aby związek był udany, trwał latami trzeba być wobec siebie szczerym i nie kłamać ukochanej osobie, oraz nie zatajać pewnych faktów. Niby to takie proste a jednak. Która z Was mówi swojemu mężowi o każdym nowym kupionym ciuchu? No właśnie. Mam podobnie, ale z kinem. Lubię oglądać filmy na dużym ekranie. Nie chodzę tam jednak z moim T. O nie... Mamy całkiem inne gusta. On lubi zazwyczaj polską kinematografie. Jedyny zagraniczny film jaki lubi to "Głupi i głupszy". Nie pytajcie mnie czemu tak jest. W domu przeważnie ogląda sport. Ale też nie każdy. Jak chciałam sobie obejrzeć lekko atletów, ćwiczenia gimnastyczne, to mi przełączył. Tak samo było z jazdą figurową na lodzie. Zaczęłam chodzić do kina z koleżanką. I tak jest od... Od ślubu w zasadzie. Mało tego mój T o niczym nie wie. Zaraz by mi robił jakieś schody.

Niedawno wpadłam na genialny pomysł. Powiem mu, że idę do tego kina z koleżanką. Powiedziałam i... Zaczęło się. Myślałam, że mu do dupy coś wsadzę. "Ale niedawno byłaś", "A chciałem dziś zrobić romantyczny wieczór po twojej szkole", "Potem będziesz mówić, że czasu ze sobą nie spędzamy i to niby moja wina będzie", "No kochanie... Nie daje się przekonywać". Dobra. Przyjechałam do domu. Jest wieczór, córa śpi i... NIC. Pytam się, gdzie ten romantyczny wieczór? Odpowiada "Zaraz zaraz". W efekcie sama otworzyłam wino i zrobiłam grzańca. Sobie tylko oczywiście, bo on dalej zalegał na kanapie i oglądał... sport... Myślałam, że mnie kurwica strzeli. Rozmawiałam z moją matką. Zastanawiała się, że w zasadzie dlaczego razem nie chodzimy do kina, przecież ona z chęcią z wnuczka posiedzi? Czemu nie chodzimy na randki? Jakieś wspólne wyjścia, ale bez dziecka. Zwykły spacer chociaż. W sumie nie wiem. Wszystko się skończyło po ślubie. No bo po co facet ma adorować laskę, która już jest jego. Dla niego to nawet rocznica ślubu to temat z kosmosu. Dobra. Poszłam za ciosem. Zaproponowałam wspólny spacer, kino, restauracje, bez dziecka. Myślicie, że chciał iść? Nieeee. A po co? A na co? Mamy dziecko, jak to mamy oddawać się przyjemnościom bez niego? No kurwa mać!!!
Trudno. Mam to gdzieś. dalej będę ukrywać wyjścia z koleżanką i jeszcze inne rzeczy. Bo jeśli on i tak ma mi robić jakieś wyrzuty, to lepiej później lub w cale, niż za każdym razem jak chce gdzieś iść.

Pozdrawiam.

sobota, 24 września 2016

Poszła baba do fryzjera.

Poszłam do fryzjera. Chciałam wrócić do swojego naturalnego koloru z małymi refleksami jak od słońca. Koloryzacja babylights wydawała mi się bardzo do tego efektu podobna. Miały być pasemka o ton, maksymalnie o dwa tony jaśniejsze od koloru naturalnego.

http://mybeautime.com/
http://www.haircutweb.com/2015/05/babylights-baby.html
  
Poszłam do sprawdzonej fryzjerki, do której chodzę od lat. Nigdy nie wyszłam od niej nie zadowolona. Zawsze rozumiała co mam na myśli. I tak jak zawsze i teraz dokładnie jej wszystko wytłumaczyłam, opowiedziałam. Pierwsze moje wrażenie... Hmmm... Ciemny brąz z białymi niemal pasemkami. Pewnie się trochę wymyje, będzie dobrze. Ale po trzech dniach mycia nic.... Szorowałam głowę szamponem przeciwłupieżowym dwa tygodnie, coś tam ruszyło. Obecnie moja głowa wygląda tak:


Nie wiem co dalej z tymi włosami robić. Nie podobają mi się te za jasne pasemka. Reszta jest spoko. Taki jest właśnie mój naturalny kolor. Szwagierka i moja matka nie wiedzą o co mi chodzi, mówią, że jest bardzo dobrze. Ja jednak odnoszę wrażenie, że mam na łbie siwe włosy. Mam w planach na całość położyć ciemny blond lub średni blond. Ale nie chcę przekombinować. Chciałam przestać na pół roku farbować włosy a wychodzi, że jeszcze raz położę farbę. Irytuje mnie to okropnie.
Może mi ktoś coś doradzi?
Pozdrawiam.

poniedziałek, 19 września 2016

Studia na wychowawczym w praktyce.

Wiem. dawno mnie tu nie było. Zaglądam w zasadzie sporadycznie, kiedy mam jakiś problem. Tym razem nie jest inaczej.
Wiecie, cieszyłam się na studia. W końcu mogłam coś robić dodatkowo oprócz sprawowania opieki nad dzieckiem. Kocham swoją córkę i to bardzo. Im jest starsza, pojętniejsza to kocham co raz bardziej i pękam z dumy na sam widok jak ona wszystko szybko rozumie. Obecnie jesteśmy na etapie odzwyczajania od pieluchy. Tydzień już za nami. Mieliśmy dwudniową przerwę przez małego wirusa i biegunkę, ale sytuacja jest opanowana. Julcia woła "kupa", "siusiu", więc jest super.
Wracając do uczelni. Serio. Cieszyłam się. To był taki powrót do żywych. Przestałam się tym cieszyć kiedy uczelnia zaczęła robić pod górę. W I semestrze był wymagany W-F, nawet na studiach zaocznych. Specjalnie musiałam kupić karnet na basen i wydawać kolejne pieniądze. No ale karnet się nie zmarnował. Było tylko takie poczucie, że te pieniądze mogły być lepiej spożytkowane, np. wycieczka weekendowa. Obecnie jest problem praktyk zawodowych. Wiem, że to normalne. Na większości uczelniach to jest, to nic dziwnego i strasznego. Tylko przypomnę jestem na wychowawczym. Generalnie przepisy regulują, że osoba przebywająca na takim urlopie może nawet pracować, przyjmuje się, że nie więcej niż pół etatu. Tylko, że w moim wypadku wygląda to następująco: Po 1. Nie mogę zostawić dziecka nawet na godzinę samego bo nie mam z kim. Po 2. Nie stać mnie na żłobek. Z resztą mieszkam w takiej miejscowości, że tu nie ma takiej instytucji. Jest w miejscowości obok prywatny, oraz w Warszawie na Targówku, ale sorry, jak wspomniałam nie stać mnie. Kto mi na to da 1300 zł? Dzwoniłam do szkoły i mówiłam jak wygląda moja sytuacja. Krótko mówiąc mają to w dupie. Praktyki to jeden z przedmiotów zaliczających rok i można ewentualnie rozmawiać o tym z pracodawcą. Dzwoniłam do pracodawcy. Stwierdził, że uczelni powinna wystarczyć decyzja o wychowawczym, którą mi wysłali pocztą. Decyzje jak najbardziej mam, ale czy uczelnia to uzna? Wątpię... 
Pierwszy zjazd w szkole jest 1-2 października i zapowiada się już hardkorowo. I jak ja mam się cieszyć studiowaniem? Nic tylko cały czas pod górkę. :/ Nie rozumiem dlaczego mam się tłumaczyć z urlopu wychowawczego? Czy ktoś miał podobne problemy z uczelnią?

wtorek, 19 lipca 2016

Nie lubię dzieci.

Wiecie co, nie lubię nie grzecznych dzieci. Tzn, ja w ogóle nie lubię dzieci. Nie przepadam za nimi. Te ich jęki, roszczenia i humorki. Aż mi się rzygać chce. Swoją Julkę kocham. W końcu to moje dziecko. Czasem jest taka kochana, że mam ochotę ją schrupać. Ale momentami mam tak jej dość, że zastanawiam się czy aby sobie nie skrócić urlopu wychowawczego. Do tego jak dochodzą inne dzieci. Są dla mnie jak kosmici. Dziś stałam w kolejce, w sklepie i przy kasie była młoda dziewczyna, z trójką dzieci dookoła i z czwartym w brzuchu. Nie wiem jak to się stało, ale malutkimi kroczkami odsunęłam się od tego towarzystwa jak mogłam i modliłam się by ta biedna kobieta mnie nie dotknęła. Jeszcze by mnie zaraziła ciążą. Może to i głupie. Może pomyślicie, że jestem kretynką, idiotką itd, ale ja na prawdę nie mam potrzeby przebywania w towarzystwie zgrai małych ludzików. Czuje dreszcze, zbiera mi się na wymioty. Żeby przybliżyć Wam mój problem porównam go do np. obawy przed myszami i robakami. Są małe, oślizgłe, wstrętne, ale generalnie krzywdy człowiekowi nie zrobią. To czemu się ich boimy? (W tym miejscu Wasza odpowiedź). Z tego samego powodu ja nie przepadam za dziećmi. Albo jeszcze lepszy przykład. Na pewno nie raz, jadąc autobusem czy tramwajem, spotkaliście się z osobą upośledzoną. Zawsze gdy jestem świadkiem takiej sytuacji, to widzę, że nagle ludzie omijają z daleka taką osobę. Jakby trąd miała. Więc ja tak omijam dzieci. I nie widzę w tym nic złego. Mam jedno dziecko i jedno mi wystarczy. Dlatego też wkurzam się, gdy ktoś nagabuje mnie na drugie dziecko. Tym bardziej, że argumenty nie są zbyt dobre. Nawet nie wiem czy można nazwać argumentem zdanie "Bo Julce będzie raźniej z rodzeństwem". Serio? To kupie jej psa, kota, chomika, słonia czy świnie. Moja babcia ostatnio poinformowała mnie, iż moje kuzynki ze Śląska już w drugiej ciąży są. Moja reakcja?
- O matko! Współczuje im!
- Słucham? - pyta się babcia.
- To znaczy... Gratulacje. Prześlij im gratulacje.
Wiem, że moja babcia chciałaby kolejnego członka rodziny, no ale niestety. Nie z mojej strony. Tym bardziej, że nie mam własnego mieszkania, domu. I nawet mnie na drugie dziecko nie stać. A jak będzie stać, to sorry. Wolę kredyt.
Na moje nieszczęście mam bardzo towarzyskie dziecko. Lubi bawić się z innymi dziećmi, nawet jak te dzieci je odganiają, krzyczą na nią, lub jej dokuczają. Oczywiście Julcia jest taka, że nie da sobie w kasze dmuchać. Ma nie całe 2 lata, a jak ktoś jej za skórę zalezie to potrafi nieźle zdzielić. Wiec się o nią nie martwię. Ale jak jest niegrzeczna, lub inne dzieci są niegrzeczne... Ludzie trzymajcie mnie. Nie rozumiem czemu rodzice na wszystko swoim pociechom pozwalają. Uważam, że od najmłodszych lat powinno się im wyznaczać pewne granice. A widzę, że inni wolą pozwolić na coś by mieć święty spokój. Julce czasem potrafię non stop zwracać uwagę i mam wrażenie, że to nic nie daje. Ale może jednak za którymś razem do niej trafi. Nie nawiedzę, jak dzieciak ze mną dyskutuje i pyskuje. Dlatego ja swojemu dziecku nie popuszczę. Nie dam sobie na głowę wejść.
I nie oceniajcie mnie źle. Ja dzieci nie lubię i już. Ktoś nie lubi szpinaku, a ja dzieci.

piątek, 8 lipca 2016

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Maseczka i plasterki do wągrów od Purederm.

Wreszcie egzaminy na uczelni się skończyły. W efekcie za dwa tygodnie jadę oddać tylko indeks do dziekanatu. :) Do października mam mnóstwo czasu na odpoczynek. Mogę czytać książki, które ja chcę oraz spokojnie oglądać filmy bez zastanawiania się, czy aby nie powinnam douczyć się jeszcze czegoś. Dwa ostatnie tygodnie były jakąś istna masakrą. W zasadzie nie miałam czasu dla siebie, a w między czasie przecież miałam ślub przyjaciółki, na który musiałam się jakoś przygotować (maseczki, peelingi itp). I takim oto sposobem mam dla was kilka opinii na dane produkty. Już nie będę skupiać się na uczelni, tylko od razu przechodzę do rzeczy.
Zainspirowana książką "Sekrety urody Koreanek" kupiłam maseczkę w płachcie (tak to się mówi??). W drogerii Hebe trafiłam na Nutritive Firming Hydro Pure Gel Mask. Ujędrniająca maseczka żelowa firmy Purederm.

 http://marin-memories.blogspot.com/

http://marin-memories.blogspot.com/

Nie powiem ile kosztowała, ale pamiętam że była bardzo droga. W sumie gdybym dobrze się przyjrzała cenie to bym jej nie brała. Na mojej twarzy prezentowała się tak:

  http://marin-memories.blogspot.com/

Mąż się trochę przestraszył na mój widok, że mi twarz odpada. Potem mnie rozśmieszał, więc w efekcie maseczka trochę mi odpadała. :-P
Moje odczucia po niej. Skóra fajnie nawilżona. Niestety po niej cera przez dwa dni bardzo mi się tłuściła. Bardzo ładnie pachniała. Czas trzymania od 20 do 30 minut. Dla mnie za długo. Na opakowaniu jest napisane "Bogata, odżywiająca maseczka, zawiera wyciąg z kawioru, zielonej herbaty i witaminę E. Wyraźnie odżywia, liftinguje i ujędrnia, przywracając skórze młody wygląd. Sprawi, że będziesz wyglądać i czuć się świeżo przez cały dzień". Nie sugerujcie się za bardzo moją opinią, bo tak na prawdę ja zmarszczki mam jedynie pod oczami. Mam cerę tłustą wiec ona się chyba też dla mnie za bardzo nie nadawała, gdyż jak już pisałam po niej strasznie się tłuściła. Mój Tomek stwierdził, że bardziej nadawałaby się dla jego cery. No tak. Tam jest co ujędrniać, liftingować itp. Generalnie nie była zła, tylko dla mnie troszeczkę za ciężka.

Kolejny produkt to Chin & Forehead Pore Strips, płatki oczyszczające na czoło i brodę też firmy Purederm, sztuk 6. "Skutecznie oczyszczają zatkane pory oraz usuwają niechciane wągry i zaskórniki. Aktywna warstwa usuwa zanieczyszczenia zatykające pory, pozostawiając skórę jasną i gładką już po pierwszym użyciu".

  http://marin-memories.blogspot.com/

 http://marin-memories.blogspot.com/

Są to takie białe plastry, które aplikuje się na oczyszczoną i wilgotną skórę. Czas oczekiwania to 10-15 minut. To niewiele. Zawsze w tym czasie można poczytać notatki z uczelni lub książkę. :)
Muszę Wam powiedzieć, że to genialny produkt. Owszem, też nie kosztował mało, ale jest dość wydajny. Fakt można sobie rozbełtać białko i przykleić chusteczkę na nos, ale u mnie to nie działa. Tu gołym okiem widziałam, że wszystkie wągry zostały na plasterku i skóra była taka gładziutka. Jeśli macie jakiś tani, dobry odpowiednik to napiszcie. Plasterki znalazłam również w Hebe, w Rossmannie tego nie ma

Na dziś to tyle. Kolejnym razem napiszę coś więcej na temat peelingu enzymatycznego Lirene.
Buźka. :)

sobota, 28 maja 2016

Dno obojętności i zmęczenia.

Witam!

Miałam wrócić z jakimś pozytywnym wpisem ale jakoś nie dam rady. Życie ostatnio mi się tak układa, że mam wszystkiego dość. Najchętniej zabrałabym córkę i wyjechała gdzieś daleko daleko. Mąż ostatnio tak daje mi w kość, że aż się nie mogę doczekać kiedy mi się wychowawczy skończy. Do tego czasu mam zamiar czerpać z tego niby małżeństwa ile się da.
Z takich bardziej pozytywnych informacji. Zacisnęłam pasa przez ostatnie trzy tygodnie i 3 kg poszły w dół. Niestety dopadł mnie już kryzys i mam zastój. Trzymam się tylko dzięki koleżance. Podsyła mi co jakiś czas swoje foty, mówi ile obecnie waży i mnie to jakoś mobilizuje. Chyba też zacznę jeść samą sałatę. W sumie czemu nie. Planowałam schudnąć do 4 czerwca 13 kg a spadło tylko 3. Nie umiem się jakoś ostatecznie zmobilizować. Jak już to na krótką chwilę. Momentami jestem tak zmęczona i niedospana, że wybieram szybkie kaloryczne przekąski za miast tych zdrowych. Te zdrowsze wymagają przygotowania, a mi się nie chce.
Na dodatek nerwy mnie ponoszą i już przy własnym dziecku czasem nie wyrabiam.
Obecnie przygotowuję się do egzaminów na uczelni. Więc już na nic nie mam czasu. Wiem. Powinnam sobie wygospodarować choć trochę czasu dla siebie i gdzieś iść na spacer lub do koleżanki. Odstresować się. Ale wierzcie mi. Bym musiała chodzić tak co drugi dzień by poczuć się lepiej.

Pozdrawiam z dna obojętności i zmęczenia,
Marin.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Brak autobusu do Warszawy.

Wkurzyłam się ostatnio. Po ślubie wprowadziłam się do rodziny mojego męża. Mieszkaniowo nie mamy źle. Z teściami też potrafię się dogadać. Dotychczas chwaliłam sobie życie tutaj gdzie mam większy spokój. Dojazd do Warszawy też nie był zły. Był rewelacyjny, bo dojeżdżało 740 z Warszawy.
Nim zaszłam w ciążę, mogłam sobie spokojnie pojechać do miasta i spotkać się z przyjaciółką, iść do kina czy na basen, a nawet do rodziców. Jak dziecko urodziłam, to również zdarzyło mi się kilka razy pojechać z małą do rodziców, czy spotkać się ze znajomymi w Centrum Handlowym M1. Może z duszą na ramieniu, gdyż nie wiedziałam czy Julka mi nie urządzi orkiestry w czasie jazdy. Ale się jakoś dało. Teraz jak jest starsza jeszcze z nią nie jechałam autobusem, głównie dlatego, że dopiero teraz robi się ciepło. Ona jednak dość ciężko przeszła zimę. Non stop chora. Więc jak gdzieś miałam jechać do Warszawy, to wolałam samochodem z samego rana z mężem, jak on jedzie do pracy. Tak czy siak, jak tu robiło mi się duszno, mogłam spokojnie sobie jechać do miasta. Bez względu ile bym lat mieszkała w Nadmie, ja czuję się bardziej Warszawianką i do Warszawy co raz bardziej mnie ciągnie. Tęsknie za "moimi" miejscami. Nawet zastanawiamy się nad mieszkaniem. Z kredytem, bo z kredytem, ale za to na swoim i w mieście. Ale jak pisałam na początku, nie jest jakoś źle.
... No nie było... Mają u nas zlikwidować autobus 740, który dojeżdża do Trockiej i wprowadzić L40, który ma dojeżdżać do Pustelnika w Markach. Powodem jest likwidacja pętli przy ul. Trockiej. Radzymin, pod który podlegamy nie widzi najmniejszego problemu. Pewnie... Oni mają ekstra dojazd. Już wcześniej zauważyłam, że Nadmę traktują jak śmiecia. Odnoszę wrażenie, że ludziom stąd to jakoś nie specjalnie przeszkadza, takie traktowanie. Bo niby tak było, zawsze, a nawet jeśli to co oni mogą. Pewnie, najlepiej na dupie siedzieć, nic nie robić i być cicho. Mieli szansę wybrania burmistrza stąd, to nie. Wybrali radzyniaka, który ma ich gdzieś. Ja tego totalnie nie rozumiem. Jak można się tak dawać? Dla mnie brak 740 to duże utrudnienie i dla innych też. Bądźmy szczerzy, większość ludzi na pewno pracuje w Warszawie lub dojeżdża do szkoły. Tam, też można wybrać się z dzieckiem do parku, iść do teatru, kina, na Stare Miasto, Łazienek, ogrodu botanicznego, czy do zoo, lub do klubu potańczyć. To tam tętni życie. Nie każdy ma samochód, a jak ma to nie ma np dwóch, gdyż załóżmy jeden małżonek jedzie rano do pracy a drugi z dzieckiem chce jechać do zoo, lub też do tej pracy dojechać w przeciwnym kierunku niż druga połowa. Dojazd do Marek a dojazd do Warszawy, gdzie ma się więcej połączeń to duża różnica. Taki to problem przenieść pętle gdzie indziej, jak stara jest likwidowania? Problemem jest też ten busik. Do takiego busiku na pewno nie wejdzie wózek inwalidzki i wózek dziecięcy jednocześnie. A widzę, że w Nadmie jest co raz więcej młodych małżeństw z dziećmi. 
Poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy nie brać jak najszybciej kredytu i się wyprowadzić. Co raz mniej mnie tu trzyma. Chociaż nie... Obecnie nic mnie tu nie trzyma. Będę szczera. Marzę o własnym mieszkaniu w Warszawie, gdzie miałabym wszędzie bliżej. Łącznie z moją rodziną, znajomymi i zapewne przyszłą pracą. Biorąc pod uwagę, że mąż mi od dłuższego czasu stroi fochy, że on musi w weekend rano wyjść i mnie podwieźć np do pociągu w Kobyłce lub po mnie przyjechać bo zazwyczaj w niedziele, po mojej szkole idziemy zrobić zakupy, to tu mnie już nic nie trzyma. W momencie, kiedy nie mogę polegać na nim i muszę radzić sobie sama, tu mnie nic nie trzyma. Pewnie gdybym na jakieś loterii wygrała milion, to raz dwa by mnie tu nie było. A tak człowiek musi zbierać sam na mieszkanie i robić wszystko by kredyt dostać.
Generalnie sytuacja w Nadmie mi się nie podoba. Samo traktowanie wsi przez większe miasto, jak coś gorszego jest dla mnie niezrozumiałym i uwłaczającym. Nawet zaczęłam szukać czy nie ma jakiegoś paragrafu na taką dyskryminacje w gminie. Jesteśmy w Unii Europejskiej, więc na pewno coś powinno być. Jak nie w prawie polskim to europejskim. Puki co nic nie znalazłam. Ale szukam dalej. Jakieś pomysły?

wtorek, 1 marca 2016

Tik, tak, tik, tak...

Zaczynam mieć urodzinowego doła. Zupełnie nie wiem gdzie minęło te 10 lat i wiem, że z dzisiejszej perspektywy wielu decyzji bym nie podięła. 
Ostatnia rozmowa z moją ciocią uświadomiła mi, że nic szczególnego nie osiągnęłam przez ten okres czasu, oraz nie mam za dużo przepracowanych lat pracy. Do tego moja decyzja o macierzyńskim puki Julka nie skończy 4 lat. Wkurzyłam się trochę, bo każdemu się wydaje, iż pracę można od tak znaleźć. To jest totalną bzdurą. Racja, można dziennie pracować po 10/12h na kelnerowaniu, ale ja nie jestem w stanie wytrzymać takiego tępa fizycznie i psychicznie. Pracowałam przez miesiąc w Pizzy Hut i uważam to za najgorszy okres w moim życiu. Nie dość, że robota 12-godzinna to płaca była z tego marna. Mój brat do dziś pracuje w gastronomii i nie wiem jak on to wszystko wytrzymuje. Może mężczyźni są pod tym względem silniejsi. Przykładowo moja teściowa. Pracuje w fabryce nie daleko nas. Haruje jak wół, a dużo z tego nie ma. Z resztą temat tej fabryki to oddzielny wpis. Dla mnie to jakiś kosmos. Jak czasem słyszę jak tam jest, to się dziwę, że pracownicy się na to zgadzają.
Cieszę się, że podjęłam decyzję o studiach, może to da mi jakieś szersze perspektywy (tak wiem, oszukuję się). Jestem prze szczęśliwa, że mam moją córeczkę, chociaż wiem, że na drugie dziecko nigdy się nie zdecyduje. W mojej obecnej sytuacji finansowej jest to niemożliwe, a nawet jeśli już bym miała własne mieszkanie i kochającego męża, to dalej bym się poważnie zastanawiała nad rodzeństwem dla małej. Znowu pieluchy, wrzaski, krzyki, marudzenia. Nieeeee. Może Julcia w czasie chorób jest taka niedobra. W każdym razie martwienie się jeszcze o kolejną istotkę, to nie na moje serce.
Może powinnam być sama. Kompletnie sama. Singielką? Czasu już nie cofnę...
A tak w ogóle, dalej zapraszam na mojego drugiego bloga marin-stories. Wiem, że może nie piszę tam dość systematycznie. :P Ale jest już po sesji, więc mam nadzieję znowu coś tam opublikować. ;)
Pozdrawiam. :)

http://wkurzona-zona.blogspot.com/

wtorek, 23 lutego 2016

Po sesji.

Witam Wszystkich!

Zdecydowanie przechodzę trudny okres w moim życiu. Julka od początku roku non stop choruje. Jest tydzień przerwy i znowu katar, kaszel itp. W czasie mojej sesji, a ferii zimowych, zachorowała na grupę żołądkową. Musieliśmy z nią do szpitala jechać, bo była odwodniona. Po niej zachorowali wszyscy inni domownicy. A kiedy już było po, mnie zaczęło rozkładać przeziębienie a po tygodniu ją. Mam dość tej zimo-jesieni. Oczywiście przez to wszystko nie mogłam się skupić na sesji tak jak chciałam. Czego skutkiem była jedna poprawka i trzy trójki. Całe szczęście z reszty poszło mi całkiem nieźle, dostałam w większości czwórki i piątki.
Na reszcie mogę przeczytać jakąś książkę i w miarę się odprężyć. Obecnie jestem po książce pt. "Rywalki" Kiery Cass. Zdaje sobie sprawę, że to dość młodzieżowa lektura ale za to lekka, mało stresująca. Po mimo tego przeczytałam ją jednym tchem i nie mogę się doczekać kolejnej części.

Pozdrawiam gorąco.

lubimyczytac.pl

środa, 27 stycznia 2016

Sesja.

Nic dodać nić ująć. Pierwsza sesja na uczelni.

 http://ryjbuk.pl/sesja-277048

 http://radiosar.pl/sesja-nadchodzi/

 http://motywacja-blog.pl/jak-uczyc-sie-do-sesji/

 http://www.wc.pl

 http://www.aniamaluje.com

sobota, 2 stycznia 2016

Tyci podsumowanie i jeszcze mniejsze postanowienia noworoczne.

Już Nowy Rok za nami. Gdzie to przeleciało? Upływający czas najlepiej widać na mojej córce. Przecież nie dawno ją urodziłam, a ona już chodzi, biega, łazi po meblach. Jakby mogła to pewnie wspięła by się po drzewie. Zrobię dziś podsumowanie roku 2015.
1. Zapisałam się na studia. Dla mnie to dużo, gdyż te zamierzam ukończyć. Chociaż ilość prawa jest tak gigantyczna, że nie wiem jak ja to zrobię. Trudno.
2. Bądź co bądź trochę schudłam. Nie jest tego wiele bo tylko 5 kg, ale jednak. I to 5 kg przy minimalnym wysiłku.
Z podsumowania to by było na tyle. Nie ma się co oszukiwać, dużo się nie napracowałam nad sobą. ;)
Co z rokiem 2016? Już wiem, że będzie pod znakiem wracania do wagi z przed ciąży, czyli do 77 kg. I zaczynam od dziś. A co dalej to czas pokaże.
Wczoraj byłam na Gwiezdnych Wojnach. Super film, każdemu polecam. Cały czas coś się dzieje. Jeśli ktoś powie, że jest odwrotnie to niech pójdzie na jakiś film sensacyjny, gdzie tylko się naparzają. Teraz główkę trzeba troszeczkę wysilić i samemu pomyśleć. ;)
Wszystkim życzę szczęśliwego roku 2016!

źródło: https://www.terve.pl